w górę Jangcy czyli od teraz zaczyna być źle – Chiny cz. 4

Mój czas w Chinach był ograniczony przez dwie rzeczy – wizę [ 30 dni ] oraz wycieczkę po Tybecie – czyli mniej więcej ostatnie 7 dni z tych chińskich 30stu. Z Tybetu miałam już przekroczyć granicę do Nepalu. Do Tybetu nie można wjechać tak sobie – trzeba mieć wykupioną wycieczkę na dość barbarzyńskich zasadach – można jechać tylko tam gdzie można, bo gdzie indziej nie można, sporo to kosztuje i generalnie trzeba się zmieścić w ustalonym z Chińczykami czasie. O Tybecie jeszcze będzie, ale piszę o tym w skrócie teraz, by rozmieścić całość mojej podróży w czasie. Otóż miałam mniej więcej wyznaczony termin, w którym musiałam zjawić się w Xining by wskoczyć do kolei Tybetańskiej jadącej do Lhasy.

Do tego momentu były jakieś dwa tygodnie. Tydzień postanowiłam spędzić na statku płynącym po Jangcy – żółtej rzece, jednej z najdłuższych rzek świata; tej którą pragnęli ujarzmić wszyscy chińscy przywódcy, z Mao Zedongiem na czele. Tenże, by spełnić marzenie, wybudował wielką Tamę Trzech Przełomów co doprowadziło to do tego, że fale rzeki zaczęły zatapiać okoliczne wioski i miasta, a mieszkańcy musieli masowo uciekać z domów i osiedlać się gdzie indziej. A wiem to z dokumentu „W górę Jangcy” – który obejrzałam nieco przed przyjazdem do Chin. Film był bardzo depresyjny – o dzieciakach bez szans na edukacje, które od małego pracują na statku dla zachodnich turystów – niewolniczo i za grosze – bo właściwie nie mają innego wyjścia. Chciałam to zobaczyć. Nie wiem dlaczego, chciałam po prostu! Dotarłam wiec do Wuhan – tego samego , nieznanego jeszcze wtedy , jedenastomilionowego Wuhan, które parenaście lat poźniej [czyli teraz] rozsławił skonsumowany nietoperz. W Wuhan można było wskoczyć na statek płynący po Jangcy. Miasto było okropne – naprawdę wstrętne, depresyjne, wielkie i … całe w smogu. Natychmiast odechciało mi się rumakowania i docierania do dokumentalnej prawdy. Bo prawda była taka, że bez znajomości chińskiego było mi zajebiście trudno samej w Chinach. Kompletnie stchórzyłam. Nie miałam siły na depresję i w ten sposób właściwie zostałam bez planu. Usiadłam na moście, otworzyłam mapę Chin i wymyśliłam, że pojadę oglądać misie panda. Tak, po dokładnym przyjrzeniu się miastu i rzece, bardzo potrzebowałam miłego, puszystego misia w zasięgu wzroku. I nieważne, że on mieszkał na dokładnie przeciwległym końcu Chin, w Chengdu, czyli ok 30 godzin pociągiem.

Szybko wykombinowałam, że by dostać się do pand, trzeba złapać nocny 20to godzinny pociąg do Chongqing – innego nieznanego [ i wtedy, i teraz] chińskiego miasta o populacji 3,5krotnie większej od Londynu – a tam przesiąść się w następny ok. 10ciogodzinny piciąg lub inny środek transportu do Chengdu. Do Wuhan dotarłam nad ranem, więc miałam chwile wolnego i posnułam się trochę po tym smutnym mieście. Wlazłam do paru sklepów by odkryć, że ulubione kosmetyki Chinek, to kosmetyki wybielające; my się opalamy, one się wybielają [i obsesyjnie dość chowają się przed słońcem pod parasolkami], bo najładniejsze są te najbardziej porcelanowe. Wpadłam też do jakiejś hipsterskiej części miasta z butikami młodych projektantów i nawet kupiłam buty, które do tej pory bardzo lubię. Na koniec odwiedziłam lokalny market. Pojęcia nie mam czy to był TEN osławiony wet market [czyli miejsce gdzie się sprzedaje świeże mięso – różnorakie, ryby, prażone mrówki i tym podobne produkty], ale przeszłam przez jakiś, by dotrzeć do tzw. dry market [gdzie sprzedaje właściwie wszystko inne]. Tam było bardzo kolorowo, więc z radością łaziłam małymi uliczkami. Nagle wyskoczył do mnie nieduży chińczyk ze spontanicznym okrzykiem: „watchyarbag!”. Chwyciłam instynktownie za torbę, ale tak delikatnie by nie wyglądało, że posądzam kogokolwiek w okolicy, o chęć okradzenia mnie. Skoro jednak, mnie żarliwie uprzedzał to… posłuchałam. Parę kroków dalej ostrzeżenie się powtórzyło, za rogiem jeszcze raz i potem co chwile jeszcze parę razy.

„Ależ tu muszą mieć plagę złodziei” – pomyślałam – „dziwne, bo to generalnie buddyjski kraj”

Buddyści raczej nie kradną, bo wierzą, że karma potem zbierze żniwo. W katolickich odbywa się to prościej – kradniesz, potem mówisz, że żałujesz, ktoś odpukuje i pozamiatane. Łatwiej jest więc coś zwinąć bez specjalnych konsekwencji. Zastanowiło mnie natomiast dlaczego każdy ostrzegając mnie, macha jakimś kolorowym plikiem olaminowanych obrazków. Przyjrzałam się tymże przy następnym ostrzeżeniu. Były tam zdjęcia toreb Louis Vuitton’a, jakieś Rolex’y i mnóstwo innych markowych cudów.

„Tu nie ma złodziei, pacanie” – doszło do mnie natychmiast. „Oni Ci chcą sprzedać „a watch or a bag!” . Puknęłam się w łeb i , o ile to do mnie jeszcze nie doszło, to teraz już było oczywiste, że każda sekunda pobytu w Chinach zawsze będzie przygodą.

Pociąg do Chongqing także. Przejrzałam dokładnie pasażerów na peronie – znów byłam sama. Ja i rzesze Chińczyków; niepojęte ilu ludzi jest w stanie pomieścić taki sypialny. Choć, fakt, chińskie pociągi są okrutnie długie. Ten z Wuhan do Chongqing planowo miał jechać 20 godzin. Mój po dziesięciu stanął w szczerym polu. Stanął i stał. Po paru godzinach postoju, skumałam że to jednak chwilę potrwa. bo w środku niczego, w tymże szczerym polu, pojawili się handlarze dobrze znanymi, wielkimi , chińskimi zupkami. Robienie zapasów żywności nie wróżyło dobrze. Nie skorzystałam, bo nadal odganiałam myśl, że ten postój potrwa. No bo ile do cholery można stać w chińskim szczerym polu?! Cośtam gadali w pociągowym radiowęźle, ale cholera wie co. „Współosadzeni” jednak gromadzili zapasy. Próbowałam zadawać im pytania – migając oczywiście – z nadzieją ze zrozumiem odpowiedź, ale rozumiałam niewiele, poza rozkładaniem rąk i informacją, że za postój odpowiada wojsko i szef siedzi w restauracyjnym jakbyco.

Po pięciu godzinach czytania książki na zmianę ze słuchaniem Coldplay’s, byłam już mocno rozsierdzona. Fakt, że byłam też bardzo głodna wcale nie pomagał.* Głód dusiłam herbatą, wkurzenia nie umiałam. Po siedmiu godzinach postoju, postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i ruszyłam na pogadankę do restauracyjnego** Razem ze mną ruszyła cała populacja mojego wagonu. Naprawdę cała. Z reguły układni i niekłócący się Chińczycy, poszli za mną zaciekawieni co może wskórać ta wkurzona białaska. Pan szef siedział topless nad jakimś mięsnym obiadem, który mocno zakrapiał piwem, a zobaczywszy mnie, szybko się ubrał, zapiął pod szyje i usiadł na baczność.

Przywitałam się i zaczęłam wymyślać jakieś kłamstwa, że się spóźnię na samolot i dlaczego właściwie stoimy, bo to przecież będzie kosztowało ich hajs, bo trzeba będzie mi go zwrócić. Za ten samolot oczywiście, na który się spóźnię, a którego nie było. Tak, wiem to dość żenujące, że próbowałam implementować reżimowemu wojsku, zachodnie porządki, ale to w sumie nie miało znaczenia, bo wszystko mówiłam po angielsku oczywiście, a gość i tak nic nie kumał. Nadal, za to, siedział na baczność, w towarzystwie swoich osłupionych towarzyszy i , gdy skończyłam, zaczął mi odpowiadać. Po chińsku oczywiście. Tak sobie pogadaliśmy jakieś pare minut – ja w swoim języku, on w swoim, i to właściwie było na tyle. Z tej potyczki wyszłam kompletnie na tarczy i wraz z całym wagonem moich świadków, wróciliśmy na miejsce. Upokorzona i z uczuciem kompletnego zobojętnienia, wróciłam do książki. Wtedy właśnie dotarł do mnie sms od mojej przyjaciółki: „Michael Jackson nie żyje”. Rozejrzałam się po wagonie: „kurwa, no, nawet nie mam z kim się tym podzielić!” – klęłam bezgłośnie.

Do Chongqing dotarłam po 20 godzinach jazdy i 16 godzinach postoju. Była 3 nad ranem. Byłam wymaltretowana i okropnie głodna. Marzyłam o prysznicu i położeniu głowy na jakąś miłą podusię. Ale, skoro wylądowałam w 30 milionowym mieście, to wbrew doświadczeniu i rozsądkowi, miałam nadzieję spotkać jednak kogoś kto mówi po angielsku. Postanowiłam więc spróbować zapytać o pociąg do Chengdu. Dworzec kolejowy był wielkości centralnego i o tej porze, o dziwo, pełen ludzi. Ruszyłam do kas, licząc [nadal], że tam się dogadam, ale bardzo szybko zostałam namierzona przez innych czekających na dworcu pasażerów, którzy ochoczo ruszyli w moją stronę. W sekundę zostałam otoczona tłumem ludzi, którzy – jak się domyślacie – wykrzykiwali coś po chińsku. Nie miałam siły na chińskie okrzyki i bycie dworcową atrakcją 11sto milionowego miasta. Czułam jak napływają mi łzy do oczu, przedarłam się przez tłum i po prostu uciekłam zaszywając się w jakimś cichym miejscu. W przewodniku wynalazłam hotel [według LP nie było wtedy w Chongqing hosteli] i naprawdę ostatkiem sił ruszyłam na postój taksówek. Pokazywałam panom nazwę hotelu [po Chińsku], ale kompletnie nikt nie chciał mnie tam zabrać. Naprawdę nie miałam już sił i się po prostu rozwyłam. Szłam wzdluż ulicy i po prostu beczałam. Podbiegł do mnie wtedy jakiś gość i idąc obok i nadawał po chińsku jak kataryna. Szedł i gadał, Z jego bleblania skumałam tylko tyle że zabierze mnie za kwotę za którą wtedy można było objechać miasto wielkości Pekinu trzy razy. Podziękowałam grzecznie***, a on nadal szedł i gadał. Pękłam. Stanęłam i wrzasnęłam mu w twarz najgłośniej jak mogłam: „odpierdol się dziadu”. Po polsku.

Gość wrzasnął, podskoczył, jak w kreskówce, i uciekł. Uśmiechnęłam się, bo to było naprawdę śmieszne. Chwilę poźniej podjechał inny gość i kiwnął, żebym wskakiwała, to mnie zabierze. Pięć sekund potem stało jasne dlaczego nikt nie chciał mnie zabrać. Hotel, do którego chciałam pojechać taksówką, był po przeciwnej stronie ulicy. Bardzo podziękowałam panu, który, widząc mnie w agonii, postanowił dostarczyć moje zwłoki do jakiegoś punktu odbioru. Weszłam do upragnionego hotelu. Z angielskim było w nim podobnie jak dotychczas.

Dobra, no nie do końca. Bardzo ładne panie powiedziały, że mówią ” a little”, ale na tym się właściwie skończyło. Mimo kompletnego wyprania, postanowiłam szukać dalej [potrzebowałam pomocy w ogarnięciu rozkładu jazdy pociągów, no i kupieniu biletu] Wyszukałam więc w przewodniku najdroższy hotel w mieście, jakiś taki w typie 4 Seasons, albo jakoś tak, w nadziei graniczącej z pewnością, że tam się jednak uda pogadać, i kazałam się tam wieźć taksówkarzowi. Zabrał mnie bez problemu tym razem, ale przez cała przejażdżkę bardzo wymachiwał rękami. Jasne było, że coś jest nie tak, ale twardo kazałam się wieźć. Im bardziej ja chciałam jechać, tym bardziej on machał, aż się domachaliśmy na miejsce. Hotel był zamknięty, ale nie że tak czasowo. Piękna Villa była zabita dechami o czym ewidentnie chciał mnie poinformować mój przyjaciel taksówkarz. Podziękowałam, zapłaciłam, usiadłam na krawężniku i się rozwyłam. Już tak na serio. W głowie mi się telepało: „Po ch*j sobie to zrobiłaś? Po co ci były te Chiny?” Nigdy wcześniej, ani nigdy później w moich podróżach nie miałam takiego momentu zwątpienia. Nawet gdy zaczęłam mieć kłopoty z chińskim prawem [choć wtedy byłam już zahartowana]. W każdym razie, zaryczana rozejrzałam się po ulicy. Był tam jakiś inny hotel.

„Tu będziesz dziś spała, a o reszcie pomyślisz jutro, jak to mawiała Scarlett O’Hara” -pogadałam sama do siebie. Doczłapałam się tam resztką sił. Była jakaś piąta rano, a w środku wyjątkowo uroczy ludzie. Kiwnęli, że mają pokój. Oczywiście nie mówili po angielsku, ale o tym to ja już jutro…

cdn.

*W razie wątpliwości – dlaczego głodna nie wybrałam nie do wagonu restauracyjnego zjeść po prostu, to odpowiedź jest prosta – wagon był całkowicie zdominowany przez wojsko. Nie było szans, by ktokolwiek poza wojskowymi się tam wcisnął.

** W Chinach za właściwie wszystko odpowiada wojsko. Oni są siłą wykonawczą i właściwie nie ma z nimi rozmowy. Są niewzruszeni, a Chińczycy bardzo się wojskowych boją.

*** pare słów chińskich zdążyłam się już nauczyć i pare nadal pamiętam np. dziękuję i piwo:)

don’t panic! czyli chiny cz. 3

Wbrew tytułowi, nie będzie tak źle, a nawet będzie spoko:). Wuyuan okazało się – tak jak napisano – urocze. I to właściwie pod każdym względem. Był to jeden z najmilszych kawałków mojej podróży po Chinach. Miasteczko jest przepiękne i sielskie, brukowane i pełne czerwonych lampionów; pocięte kanałami nad którymi przechodzi się cudnymi kamiennymi mostami. No bajka. Zamieszkałam w przytulnej herbaciarni u starszych, bardzo opiekuńczych ludzi, którzy raczyli mnie pyszną herbatą. Choć, no nie pogadaliśmy za bardzo.

Nie pamiętam jak znalazłam to miejsce, ani jak się dogadałam na cenę. Bez wątpienia wszystko odbywało się w języku migowym. Miałam śliczny widok z okna na nieduże miasteczko i juz pierwszego dnia zeszłam je całe, napiłam się herbaty, zjadłam i… nie bardzo wiedziałam co dalej. Nuda trochę. Nie było nawet do kogo ust otworzyć. Oczywiście mogłam w nieskończoność kontemplować urodę tego miejsca, ale … ja kurczę lubię gadać z ludźmi. Chciałabym wiedzieć jak im się żyje, czy są szczęśliwi – a tu lekka dupa, bo poza wielokrotnie powtarzanym uśmiechem i ukłonem w pas, nie bardzo się da się skomunikować. W Wuyuan oprócz jego mieszkańców byłam tylko ja. Zero turystów. Nikogo. Niby fajnie, ale … Drugiego dnia obfotografowałam całe miasteczko, kupiłam za grosze piękny ręcznie robiony, drewniany grzebień i właściwie nic więcej do roboty nie było. Wieczorem poczytałam książkę przy herbatce od miłych państwa i postanowiłam, że trzeba coś z tym zrobić Miałam dwa wyjścia – albo nauczyć się chińskiego, albo nauczyć się z tym żyć. To drugie, wydawało się nieco łatwiejsze, więc rano, migając???*, zapytałam mojego gospodarza czy przypadkiem nie zna jakiegoś gościa, który, za hajs, obwiózłby mnie po okolicach motocyklem.

No więc znał. I to był ten pan:

no i tu dwie małe dygresje;

1* za cholerę nie wiem jak się porozumiałam w tej kwestii, ale musiało to naprawdę śmiesznie wyglądać:)

2* jeszcze wtedy nie umiałam jeździć motocyklem [mój przyjaciel Borek powiedziałby, że nadal nie umiem, mimo, że ja swoje wiem], ale była to pierwsza [z trzech] okazji, która przesądziła o tym, że postanowiłam nauczyć się nim jeździć. Dwie pozostałe zdarzyły się później – w Indiach i Wietnamie.

No więc, Mr. Lee przyjechał po mnie bardzo rano następnego dnia i zabrał na najfajniejszą chyba chińską wycieczkę. Poprosiłam go by zawiózł mnie do dwóch miejscowości z przewodnika, ale on machnął ręką i zabrał mnie tam gdzie sam chciał. Jezu jak dobrze, że sprzeciw nie przyszedł mi do głowy! Otóż okolice Wuyuan są pełne pól ryżowych pośród których mnóstwo jest malutkich miejscowości ze starymi domami – wszystkie z czasów dynastii Ming [1368–1644] i Qing [1636–1911]. I wszystkie są zamieszkane. Mr. Lee dokładnie wiedział gdzie mnie zabrać. Domy w miasteczkach są zabytkami i można je zwiedzać, a ich mieszkańcy mają obowiązek wpuścić do siebie turystów[!!!!]. Rezultat jest taki, ze zwiedzając zabytki, normalnie zwalasz się komuś na chatę. Przedziwne uczucie. Wchodzisz, a tam rodzina właśnie siada do obiadu, albo go właśnie gotuje; albo ktoś sobie właśnie zaparzył herbatę i próbuje wejść w stan ZEN, a tu mu włażą do pokoju turyści. To byli sami chińscy turyści – bo czuję się w obowiązku wyjaśnić tę kwestię – no i ja – jeden człowiek UFO. Ja byłam w siódmym niebie, ale oni [mieszkańcy] mieli przesrane. Naprawdę dzielnie znosili wycieczki przewalające im się przez chaty. Ciekawe czy mieli wybór?! Czy cena za mieszkanie w domu sprzed siedmiu wieków była ich dobrowolnym wyborem czy odgórnym nakazem? Stawiam na to drugie, choć pewności nie mam – nie zbadałam sprawy, bo wtedy po prostu byłam zachwycona zwiedzaniem i wcale nie zadawałam pytań.

Myśle sobie, że nie ma szans bym ja to zniosła. Kiedykolwiek. I nie sądzę by ktokolwiek z naszej części świata to łyknął. Chińczycy są bardzo posłuszni i ułożeni, nie kwestionują nałożonych na nich zakazów i nakazów, nawet najbardziej absurdalnych, czyli zupełnie odwrotnie niż my. Przekonałam się o tym jeszcze pare razy i to dość okrutnie, ale to już w bardziej odległych Chinach. Tymczasem zachwycałam się okolicami Wuyuan. Cudnie spokojnie płynęło tam życie; w miasteczkach odbywały się panele malarskie, ludzie prali, grzebali w drewnie, brodzili w kanałach, gadali i wyglądali na szczęśliwych. Spacerowałam w totalnym poczuciu beztroski, aż tu nagle ze snu wyrwał mnie damski głos mówiący po angielsku…

” Śnię” – pogadałam ze sobą, ale się odwróciłam. Stała za mną dziewczyna. Jak się okazało – Australijka Wypatrzyła mnie, inną białaskę, w tłumie, dogoniła, prawie złapała za kark i …

„Mówisz po angielsku?” – zapytała nieco radośnie. „Cześć, no mówię” – odparłam nieco zaskoczona.

Rozpromieniała. „Jestem Sasha. Choć na wino! Bo ja nie gadałam z nikim od dwóch tygodni.”

„Cudownie, bardzo chętnie” – ucieszyłam się mimo, że w moim przypadku to były zaledwie trzy dni. Gdyby nie zaproponowała, sama pewnie zawlekłabym ją za kołnierz. Też już dostawałam lekkiej korby z niegadania z ludźmi.

Padłyśmy sobie w objęcia i, po krótkim spacerze nad kanałem, usiadłyśmy w przeuroczej kawiarni z paskudnie niedobrym, słodkim winem. Nie posiedziałyśmy długo, bo czekał na mnie Mr. Lee, a Sasha miała metę w miasteczku w którym się spotkałyśmy. Ale posiedziałyśmy wystarczająco by się nagadać 🙂 i podzielić obserwacjami z bycia samotną, białą dziewczyną w Chinach. Ona miała znacznie większe doświadczenie, bo była w Chinach juz ponad miesiąc a ja dopiero jakiś tydzień, więc byłam jeszcze wcześniakiem. Teraz już wiem, że chińska wieś jest o wiele bardziej przyjemna niż chińskie miasta. Teraz to ja, generalnie, wole wieś od miasta, ale wtedy byłam jeszcze miłośniczką cywilizacji. Takiego maila znalazłam w mailowych archiwaliach, a wyskrobałam go z Chin do moich przyjaciół. Fragment dotyczy zupełnie innego, poźniejszego fragmentu Chin, ale generalnie oddaje moje odczucia wobec całego kraju. (pisownia oryginalna):

jednak chiny to kraj ekstremalnych przezyc. no za cholere nie wiem co myslec.
jade na chinska wioche, jezdze rowerem w najcudniejszym krajobrazie jaki widzialam (pomijajac norwegie,  i nie tylko o fiordy mi chodzi wisienko), zrywam i wsuwam pomarancze z drzewa (za pozwoleniem lokalesow oczywiscie), autochtoni opatruja mi do cna pogryzione przez komary nogi specyfikiem o nazwie fengjoudzian lub jakos tak; no i spaceruje z panem, ktory idzie wykapac swojego yaka (bez brudnych mysli tu, prosze) w pobliskiej rzece… i jestem przeszczesliwa.  
wydostaje sie do miasta i tych pieprzonych chinoli nienawidze. nie mysla, sa malo inteligentni i niemili. taksowkarze twierdza ze woda w rzece wezbrala i to przesąd wiec nie moga mnie zabrac… musze sie nauczyc paru chinskich przeklenstw.”

Tymczasem musiałam wrócić do mojej herbaciarni. Mr. Lee był uroczo cierpliwy. Przeprosiłam za zwłokę, ale poklepał mnie po plecach i z jego migania zrozumiałam, że mam się nie przejmować, włączyć sobie muzę, bo do domu pojedziemy naokoło przez jakieś ładne tereny. W rzeczy samej – było pięknie; jechaliśmy przez przezielone, olbrzymie pola ryżowe z górami majaczącymi w tle. W uszach miałam „Don’t Panic” Coldplay’a, który leci tak:

And we live in a beautiful world we do, we do
We live in a beautiful world

Bones sinkin’ like stones
All that we’ve fought for
All these places we’ve grown
All of us are done for

polecam posłuchać

No i łzy mi leciały jak grochy. Pamiętam ten moment jako jeden z najpiękniejszych w życiu, a Coldplay to już zawsze będą pola ryżowe. I na odwrót Chiny zawsze będą Coldplay’em, no i Placebo – bo tylko ich kawałki miałam w ipodzie – zgrane od Rafy – i to oni zrobili ścieżkę dźwiękową mojej podróży. Do tego – mimo, że nie rozumiałam Pana Lee, to gość zaopiekował się mną jak najlepszy przyjaciel. W tamtej chwili, na jego motocyklu, miałam wszystko czego nam potrzeba – dobro i ciepło od drugiego człowieka, no i piękno natury. Do tego zupełnie niespodziewanie nową kumpelę z Australii. Ryczałam jak bóbr! Nie nauczyłam się chińskiego, ale czułam, że może jednak uda mi się bez niego przetrwać.

W domu też czekała na mnie niespodzianka – w herbaciarni pojawili się współlokatorzy – młode chińskie małżeństwo mówiące po angielsku; ledwo, ale się dało pogadać. Mieli być w podróży poślubnej w Tajlandii, ale Chiny ich nie wypuściły ze względu na szalejącą ptasią grypę. Chińczycy mieli całkowity zakaz wyjazdu z kraju i zapewnie nikt się z nim nie kłócił. Na moje szczęście zostali moimi towarzyszami na resztę dni w Wuyuan, a potem ruszyłam w stronę Jangcy. Miałam ochotę wskoczyć na statek i przepłynąć kawałek. Nigdy tego nie zrobiłam, ale o tym już następnym razem.

PS. Niestety nie mam już kontaktu z tymi fajnymi młodymi ludźmi. Dodaliśmy się ,co prawda, do znajomych na FB, ale dwa tygodnie poźniej, po zamieszkach w prowincji Xinjiang, Facebook został w Chinach zablokowany.

wymyśliłam sobie Wuyuan czyli Chiny cz. 2.

Napisałam, że moja przyjaźń z Filipem łatwa nie jest. Otóż – jest nawet bardzo trudna. On jest typowym Niemcem – czyli ma wszystko zaplanowane i tak bardzo nie lubi jak ten plan mu nie wychodzi, że już w Boliwii dostał ode mnie ksywkę „the Nazi” czyli nazista po prostu. Jest z tym związana anegdota, ale… wolę jej nie przytaczać. Może kiedyś. Ci co wiedzą to wiedzą. No i ja też łatwa nie jestem – szczególnie w podróży, więc dwa takie pacany razem, to trochę jak beczka trotylu. Skumaliśmy to już w Ameryce Południowej – więc stosowaliśmy zasadę: trzy dni razem, trzy osobno. Trzy dni to jest dokładnie tyle ile jesteśmy w stanie ze sobą wytrzymać zanim skoczymy sobie do gardeł, więc by tego uniknąć zwykle rodzielaliśmy się i umawialiśmy w jakimś uroczym miejscu – za trzy dni. I to działało. W Ameryce Południowej.

W Chinach dzień czwarty przypadł na 10cio kilometrowy spacer po Murze Chińskim, a piąty na przejazd ultraszybką koleją do Shanghai’u – tą samą w której zepsuł mi się telefon. Już było źle. Murem spacerowaliśmy osobno – ja wolniej, nazista znacznie szybciej – i właściwie bez słowa. No nie do końca – Filip mnie poganiał, a ja wcale nie miałam ochoty iść szybciej, bo widoki były nieziemskie. Plus co chwila strzelałam foty. Domyślacie się reszty, prawda?! Dla wszystkich zastanawiających się po co nam taka dziwaczna przyjaźń – otóż mimo naszych niezaprzeczalnych wad, oboje jesteśmy fajnymi ludźmi po prostu. Mamy podobną ciekawość świata i chyba to właśnie jest powód, że lubimy się niezmiennie od parunastu już lat. No i nawet się odwiedzamy. Tyle, że na maks trzy dni:)

No więc prawie milcząco przedreptaliśmy 10 kilometrów Chińskiego Muru i właściwie nie ma tu o czym opowiadać więc pokaże Wam foty. Ja oczywiście się poryczałam – jak to zwykle bywa gdy mnie coś wzrusza, a wzruszyło mnie to, że ja mały Krogulec, jakimś dziwnym połączeniem siły woli, chęci poznania świata i odrobiny bezmyślnej odwagi, znalazłam się dokładnie na budowli którą budowano pochłaniając niewiadomo ile ludzkich żyć i którą widać z kosmosu. Ten spacer nie jest łatwy, szczególnie w skrajnym upale, Filip też nie pomagał… ale widoki są nieziemskie. To Was na chwile z nimi zostawię [tak, trafiliśmy na sesję do lokalnego Vogue’a:)]

Po spacerze po murze, pokłoceni, wsiedliśmy do pociągu do Shanghaiu, by tam dość zgodnie postanowić , że trzeba iść rozmasować ten konflikt w jakimś przyjemnym gabinecie masażu, a potem zaopatrzyć mnie w nowy sprzęt do komunikowania się i słuchania muzyki. I tak zrobiliśmy – brat Filipa zabrał nas do znanego mu sklepu z elektroniką wielkości londyńskiego Heathrow [i to włącznie pasami startowymi] – o dziwo pełnego zakazanych wtedy w Chinach iphone’ów oraz wszelakich innych cudów techniki. Wszystko kosztowało znacznie mniej niż w Europie, i tak, mniej też niż w Stanach. Generalnie wszystko to tam kosztowało grosze i było mniej lub bardziej zbliżone do oryginału. Postanowiłam, mimo pokusy, że na nowego iphone’a mnie nie stać [pamiętajmy że to były jego pierwsze światowe podrygi i miał wtedy właściwie dwie funkcje – był połączeniem ipod’a i telefonu], więc zaopatrzyłam się w zwykła nokię – to do komunikacji i ipod’a mini – to by zgrać trochę jakiejkolwiek muzy na podróż. W głowie miałam dwa miesiące wałęsania się i potencjalnie sporo nieoczekiwanych wydatków. W sumie, Chiny okazały się być dość tanie, ale kto wtedy o tym wiedział:) Nepal i Indie podobnie; najwięcej nieoczekiwanych pieniędzy pochłonął Tybet… ale o tym w swoim czasie. Anyway, miałam gadżety, mogłam ruszać dalej.

O Samym Shanghai’u nie ma co pisać – miasto jest wielkie i właściwie cały czas pogrążone w smogu. Nie widziałam nic – nawet z mieszkania Rafy na jakimś 27ym pietrze jednego z drapaczy chmur; a właściwie to może właśnie dlatego, że było wysoko. Do tego, miasto było w permanentnej budowie. Co chwilę słyszałam o tym, że wysiedlono jakąś biedną dzielnicę by zbudować kolejny wieżowiec. Tych jest tam mnóstwo i właściwie każdy ma jakąś knajpę lub klub na dachu. Podobno w niektórych nawet pływają rekiny w wielkich akwariach – nie wiem po co! Filip postanowił skorzystać z tychże [ z klubów, nie rekinów] i ruszył na nocny podbój pięknych, miniaturowych, chudziutkich i bogatych chinek. Ja właściwie bez celu, łaziłam po Shanghai’u, czasem siadając w knajpach i planując dalszą podróż. Był to właściwie ostatni moment kiedy mogłam jeszcze pogadać po angielsku. Shanghai jest bardzo międzynarodowy, z tysiącami expatów, więc się da. Nawet z lokalesami. Z Shanghai’u miałam ruszyć do WUYUAN w prowincji JIANGXI i tam – już nie było tak lekko.

Wymyśliłąm sobie to Wuyuan, bo wyczytałam, że to najbardziej urocze miasteczko w Chinach i do tego położone wśród pól ryżowych. Dookoła są też inne dobrze zachowane małe miasteczka z czasów dynastii Ming [1368–1644] i Qing [1636–1911] – i to dopiero jest ukryty skarb. O Wuyuan też często mówi się, że jest miastem książek i herbaty. By się tam dostać trzeba było użyć nocnego pociągu i lokalnego autobusu [kluczowe jest tu słowo LOKALNY, bo oznacza brak oznaczeń przyswajalnych dla nieznającego mandaryńskiego białasa] . Z Filipem pożegnałam się w taksówce, którą razem zamówiliśmy – on do nocnego klubu z rekinami, ja na nocny pociąg. Potem tak mi to opisał:

heyho,

yeah indeed my friend: u missed a great party on saturday night. we started with a club with a big aquarium with little sharks in it…then another club in front of the big buildings at the bund with a big terace on the roof of the house. back to bed at 5.30h….

I tak zostałam sama na resztę mojej podróży po Chinach. No dobra, miałam jeszcze w ipod’dzie płyty Placebo i Coldplay’a zgrane od Rafy [innych nie miał] – i to właściwie było moje jedyne towarzystwo. Pociąg był sypialny, ale okropny; leżanki z zielonego skaju, zimne jak cholera, milion ludzi [wszyscy tacy sami] – i wszędzie zapach chińskich zupek. W każdym chińskim wagonie chińskiego pociągu są wielkie zbiorniki z gorącą wodą – by podróżni mogli ją sobie wlać do zup instant. W sunie super, bo można też zrobić sobie herbatę lub kawę, ale są tego dalekoidące konsekwencje. Zupy chińskie, w Chinach, sprzedawane są w gigantycznych miso-pudłach, więc Chińczycy jedzą je długo i na zmianę, a właściwie non stop – więc nie ma szans by na moment zapomnieć o zapachach. Trza po prostu iść spać.

Naprawdę nie pamiętam jak się nazywało miasto do którego dotarłam o 3ciej nad ranem [generalnie naprawdę mało chińskich nazw pamietam], ale pamietam, że na piechotę przeszłam z dworca kolejowego na autobusowy. Było jeszcze ciemno, usiadłam na plecaku by poszukać jak się pisze WUYUAN po chińsku, by przynajmniej mieć jakiekolwiek pojęcie jakich znaków szukać na czole autobusu. PO paru minutach skupienia, podniosłam głowę i… na uśpionym, wydawało mi się, dworcu w mgnieniu oka zjawiła się ludność chyba wszystkich okolicznych wsi. Wszyscy ci ludzie stali nade mną gapiąc się jakby w ich małym cichym, niepokalanym żadnymi niepożądanymi wydarzeniami miasteczku, właśnie wylądowało UFO. Byłam chyba bardzo rzadkim okazem białasa w tamtych rejonach. Wszyscy mówili coś do siebie, a potem to samo pokrzykując do mnie. Bardzo ich irytowało, że nic nie rozumiałam. Strasznie krzyczeli i to wszyscy naraz [a naprawdę było ich dużo] zapewne chcąc pomóc. Na porozumienie szans nie było. Ja nie kumałam, a oni nie kumali, że ja nie kumam. Do tego byłam wyrwana ze snu na okropnej skajowej leżance i szukałam sensu w chińskich znakach o 3ciej nad ranem będąc okrutnie głodna. Otoczona, myślałam tylko o ucieczce. Gdy ten tłum – zupełnie słusznie mną rozczarowany – trochę się rozpierzchł to, nie pamiętam jak, ale jakoś chyba zrozumiałam jednego gościa. Powiedział że mój autobus odjeżdża po ósmej ze wskazanego palcem na placu, przypominającym klepisko, miejsca. Postanowiłam zaufać i gościowi, i swojej intuicji – że to co powiedział jest tym co zrozumiałam, że powiedział. Chwile posiedziałam na plecaku, by potem ruszyć w stronę dworcowej knajpy, która ku mojej olbrzymiej radości, została właśnie otwarta. I nawet miała widok na klepisko. Od rana, serwowali tam noodle różnej maści. Ja juz wtedy unikałam mięsa; właściwie jadałam tylko kurę, więc – głodna – znów miałam kłopot: „jak cholera zamówić w języku migowym jedzenie bez mięsa, w kraju w którym je się wszystko?!” Na całe szczęście warzywa były na widoku. Stanęłam więc przy szybie i wskazałam panu to co chciałabym zjeść. Pan to wszystko wrzucił na woka, przyprawił i, do cholery pojęcia nie mam jak to się stało, ale zupełnie poważnie, był to jeden z najlepszych posiłków jaki jadłam w życiu. Tak! Na dworcu autobusowym w małym miasteczku, którego nazwy nie pamiętam, w środku niczego, w Chinach. To naprawdę było kulinarne cudo. Pan umiał. Przypatrywałam się z jaką gracją to wszystko lata w wok’u i jak wlewa tam sosy by w 3 minuty wprowadzić mnie do kulinarnego raju. Wynagrodził mi skaj i zupki i nawet to, że byłam w Chinach ogólniedostepnym dziwadłem. Knajpa była okropna, ale ja byłam w niej szczęśliwa! Doczekałam do 8.20, pławiąc się w moim pierwszym [i nie ostatnim w Chinach] kulinarnym orgazmie. O 8.20 pokazałam kierowcy chińską nazwę z przewodnika by upewnić się, że naprawdę wyląduje w Wuyuan, tak jak zaplanowałam. Kiwnął ręką na znak, że mam wsiadać, wrzucliłam w uszy nowego ipod’a i ruszyłam dalej.

cdn.

Chiny. pewnie będzie w częściach więc część pierwsza.

NO TO TERAZ O CHINACH – NAJTRUDNIEJSZEJ PODRÓŻY W JAKIEJ BYŁAM. TAM WKURW ZAWSZE MIESZAŁ SIĘ Z ZACHWYTEM, A PŁACZ ZE WZRUSZENIEM – TEN PŁACZ CZASEM BYŁ Z ROZPACZY, A CZASEM OCZAROWANIEM ŚWIATEM KTÓRY NAPOTYKAM – MILION EMOCJI I JEDNA RZECZ Z KTÓRĄ Z CHIN WRÓCIŁAM – ŚWIADOMOŚĆ, ŻE JAK JE PRZETWAŁAM, TO PRZETRWAM WSZYSTKO. NAPRAWDĘ WSZYSTKO.

Byłam tam  ponad miesiąc, więc pewnie podzielę ten miesiąc na parę części – a na bank na dwie – Chiny i Tybet. Nie, nie dlatego, że politycznie mi się to nie zgadza [choć o tym też będzie], ale dlatego, że w mojej głowie to są dwie zupełnie inne podróże. Dwie kompletnie inne inności. Ba, w Chinach wydarzyło się tyle, że niejedną podróż możnaby uznać za nudną, jakby ją przyłożyć do „skali Chin. ” Hm, pytanie tylko czy to tak jest zawsze w Chinach czy to  tylko mi się tak przytrafiło?!

Wszystko zaczęło się od pomysłu Filipa – kumpla niemca, którego poznałam w Peru i z którym przejechaliśmy razem kawał Ameryki Południowej. Pomysł był taki byśmy się spotkali w Pekinie.  Filip odwiedzał brata w Shanghai’u i z Pekinu mieliśmy razem pojechać tamże – bo…  mamy metę:) „No spoko” – pomyślałam – „do Chin mnie jeszcze nie zaniosło, i nie wiadomo czy kiedykolwiek zaniesie, lub czy w ogóle wpadnę na taki pomysł”.   Kupiłam więc bilet – z powrotnym z Delhi – by za bardzo się nie nudzić i przejechać parę krajów [jeszcze Nepal po drodze] bo Delhi jest w Indiach, jakby ktoś miał wątpliwości. Miała to być najdłuższa z moich dotychczasowych wypraw, wiec się porządnie jarałam.  Teraz wiem, że źle to wykminiłam –  szanse na nudę w Chinach są żadne, Indie też są niełatwie jak wiecie, a jak nie wiecie to naciśnijcie na pierwsze wiecie i wszystko stanie się jasne. Generalnie, nie miałam nawet chwili na bezemocjonalny oddech, a nawet jak miałam,  to celebrowałam ten moment najdłużej jak się da, bo było ich tak niewiele.

Tuż przed wylotem miałam urodziny na które dostałam w prezencie  od przyjaciółki weekend w spoko hotelu w Pekinie. Tam mieliśmy się spotkać –  Filip i ja. Wylądowałam. Było szaro,  smutno i ponuro.  Zaczęło się dość niewinnie mimo, że samo dotarcie do hotelu nie było proste,  i właściwie wtedy powinnam mieć już mocno zapalony sygnał awaryjny. Nie było szans na jakiekolwiek porozumienie. Taksówkarz mówił robakami, a ja wiadomo – po polsku. Po angielsku na nic się zdało, bo miało dokładnie ten sam efekt co po polsku. W Chinach [poza  niewieloma miejscami w  Pekinie,  Shanghai’u no i może Chengdu – bo tam są misie panda] angielski jest właściwie bezużyteczny.  Jasne – miałam adres hotelu – i to po chińsku , ale nadal dotarcie tam nie było wcale oczywiste! Coś się z tym adresem chyba nie zgadzało. Pan taksówkarz wiózł mnie przez gigantyczne obwodnice wybudowane pośród olbrzymich betonowych bloków znacznie bardziej przygnębiających niż te nasze z lat siedemdziesiątych. Wszystko było przykryte pierzynką smogu i naprawdę nie mogłam doczekać się spotkania z Filipem, bo zaczynałam obawiać się lekkiej depresji. Już samo lądowanie było depresyjne, bo podczas epidemii ptasiej grypy, więc wyjście na lotnisko zajęło nam jakieś trzy godziny – od momentu gdy chińscy zamaskowani „kosmici”  zdezynfekowali  samolot, zmierzyli nam temperatury. [wiem! dziś to jakby normalka, ale wtedy wydawało się wyjątkowo nieludzkie] przez przechodzenie miliona punktów kontrolnych z kolejnym mierzeniem temperatury i wszystkiego innego – co tylko było do zmierzenia – umieszczonych już na samym pustym lotnisku. Naprawdę nie mogłam się doczekać widoku Filipa, mimo, że, jakby to ująć, nasza przyjaźń do łatwych nie należy.  Filip – już  będąc w hotelu wysyłał mi instrukcje [po chińsku – do przekazania mojemu taksówkarzowi] jak dotrzeć, bo sam podobno  ledwo tam dotarł. W końcu dotarłam i ja, uściskałam drania i poszliśmy ucztować. Trza było w końcu dobrze zjeść i się napić, bo to była nasza pierwsza wspólna – choć tym razem mini – podróż od czasów Ameryki Pd. [ z Filipem miałam spędzić tylko pare dni , a dalej jechałam już sama] A trzeba przyznać, że w Chinach da się dobrze, NAPRAWDE DOBRZE, zjeść.

Następne pare dni było zajebistych – wspólnie porównywaliśmy robaki na mapie i na znakach z nazwami ulic [wtedy brak było Google Maps i tym podobnych cudów], jedliśmy uliczne jedzenie i łaziliśmy po takich najnormalniejszych ulicach Pekinu. Pomimo ogólnie panującego smogu i lekko depresyjnej atmosfery, ludzie wydawali się wyjątkowo szczęśliwi. Masowo grali w szachy i ping ponga, ćwiczyli tai chi i wygibasy na publicznych siłowniach. 

Wszystko niby grało, ale jednak coś było nie tak… Nawet odnalazłam  taka wiadomość do Heleny – tej która zasponsorowała mi pierwsze dwie noce w Chinach.

Helen, umowilam sie z Filipem w double happiness courtyard hotel w poniedzialek rano:) Powiedział ze brzmi jak wypasiony dom publiczny:)

no i troche tak brzmi:) zobaczymy w co nas wpakowalas:)!!!

kurwa, boje sie tym razem!

pa! krogul

To jest dokładny cytat, bo wyszukałam go w moich mailach. Nie prowadziłam bloga wtedy, ale pisałam maile do znajomych, by wiedzieli co ze mną i jak sie mam.. i  część  tych maili sobie zachowałam.  Dzięki temu mam trochę więcej wspomnień niż bym pomieściła w moim niepojemnym mózgu, więc  pisząc to teraz , trochę do nich wracam.  Moja wyprawa do Chin, to czasy kiedy nie było jeszcze translatorów w smartfonach, nie bardzo korzystało się z google maps i tych wszystkich udogodnień dla podróżników. Tak, byłam wtedy posiadaczką pierwszego w swoim życiu iphone’a, ale to czasy kiedy najważniejszym jego bajerem było połączenie ipod’a i telefonu – co i tak było sporym wydarzeniem. Wyruszyłam więc do Chin zaopatrzona w niezła listę kawałków do słuchania w podróży. Pech chciał , że mój świeżutki ipodotelefon kompletnie się zesrał (generalnie chyba na nim usiadłam zbyt gwałtownie) w ultraszybkim pociągu z Pekinu do Shanghai’u. I to był początek moich kłopotów z prawem w Chinach.

Wizja nie posiadania muzy w uszach przez ponad dwa miesiące mojej podróży była fatalna. Ale, ULTRAszybko, bo ultraszybkim pociągiem, dotarliśmy do  Shanghai’u  i następnego dnia odszukałam tamże…  serwis Apple. „W końcu tam muszo się znać na iphone’ach skoro je  wszystkie tam robią!!” Poszłam po pomoc, dotarłam… i prawie zostałam aresztowana. Czwartego dnia po przylocie był mój pierwszy raz. Okazało się, że iphone’y mimo, że w Chinach produkowane, nie są (były wtedy) tam legalne. Wręczyłam  panu w serwisie zepsuty telefon i natychmiast musiałam odpowiedzieć na milion pytań – skąd go mam, skąd jestem, dlaczego w Chinach mam iphone’a i milion podobnych. Jak już Panowie  doszli do wniosku,   że jestem po prostu turystką z zepsutym iphone’m [bo przecież – na pierwszy rzut oka – jestem typową Chinka, znudzoną życiem i szukającą atrakcji nielegalnym smartfonem w samym centrum wielkiego, inwigilowanego miasta], to mogłam sobie pójść. Bez pomocy, bez tracklisty i kontaktu ze światem, ale za to wolna [allelujah!]. I z minimalnym pojęciem jak mniej więcej będzie wyglądał następny miesiąc.

To była tylko gra wstępna.

ps. to nie będą tylko dwie części. …

cdn.

indie. dlaczego tam nie wrócę.

Otóż po dwóch miesiącach przepracowanych w najniebezpieczniejszej dzielnicy Guatemala City i samotnej podróży przez pół Ameryki Południowej zaczęłam podróżniczo chojrakować., Kupiłam sobie bilet do Pekinu, a wrócić miałam parę miesięcy póżniej z Delhi przejeżdżając prawie całe Chiny, Tybet, Nepal i część Indii. W Pekinie miałam spotkać się z Filipem – niemieckim przyjacielem poznanym w Peru, zaraz na początku mojej południowoamerykańskiej podróży i zwiedzić z nim tenże oraz Shanghai. Resztę miałam przejechać samotnie. Właściwie każdy kto o tym słyszał pukał się w głowę. Jak bardzo mieli rację dowiedziałam się dopiero na miejscu. W Chinach wielokrotnie ryczałam na krawężniku, a Indie poszarpały mi serce jak mięso w kanapce z szarpaną wieprzowiną. Ta podróż to była naprawdę najtrudniejsza rzecz jaką sobie zafundowałam, ale dzięki niej wiem, że mogę wszystko. Po Chinach to wiem, szczególnie.. O nich jeszcze pomarudzę kiedyś – bo tam sporo jest ciekawych rzeczy do poopowiadania włącznie z dwoma aresztowaniami, ale teraz… INDIE.. i dlaczego tam raczej nie wrócę.

Przekraczając granice Tybetańsko – Nepalska, byłam już skrajnie wykończona. Naprawdę radośnie przeskoczyłam (dosłownie) granicę wykrzykując głośne „kurwa nareszcie”. Nepal był zbawieniem. Jest małym i pięknym, przyjaznym krajem, wiec był jak wakacje po tych Chinach. Wakacje od wakacji. Dobrze się tam bawiłam. Jeszcze czekały mnie Indie, ale już tu w Nepalu ostrzegano mnie, że samotna biała dziewczyna w Indiach to nie jest dobry pomysł. No i… zaczęłam się dygać. Głównie, że znów dostanę w kość fizycznie, Okazało się, że będzie to zupełnie inny wpierdol. Anyway, mam dowód na to ze los daje Ci dokładnie tego czego akurat potrzebujesz. Na Noelię – samotnie podróżującą hiszpankę – wpadłam dokładnie dzień przed przekroczeniem granicy. Noelia jechała do Indii nie pierwszy już raz i miała bilet powrotny do Europy tego samego dnia co ja, Z Delhi, tak jak ja. Granicę przekroczyłyśmy już razem i tuż za nią przekonałam się jak znakomity był to pomysł. Noelia ratowała mi tyłek jeszcze parę razy potem, ale ja nie o tym, bo „scam” czyli grzecznie mówiąc – nabieranie takich naiwniaczek jak ja – jest dość powszechne w wielu krajach, nie tylko w Indiach. W Indiach było jeszcze coś czego nigdy do tej pory nie widziałam na TAKĄ skalę i to skalę, której się kompletnie nie spodziewałam. BIEDA.

Pierwszy raz serce połamało mi się na peronie w Varanasi. Pominę tu opisy powszechnie żebrzących dzieci, starców, ludzi bez kończyn, albo wręcz korpusów jeżdżących na deskach z dokitranymi kółkami – i to nie zawsze równymi. Do tego wszystkiego zdąrzyłam przywyknąć. Przywykłam też do kupowania świeżych warzyw tuż obok rozkładającej się krowy i ślizgania się na gównie jedną nogą, a lądowaniu drugą w samym centrum innego gówna. I to w japonkach. Serio, to mnie już nie ruszało. Na peronie w Varanasi, Noelia i ja, czekałyśmy na pociąg do Amritsar, bo ja zamarzyłam o zobaczeniu Złotej Świątyni. Ponieważ nikt nie wiedział o której ów pociąg ma się pojawić, o ile się pojawi, to poradzono nam by się rozłożyć i czekać. Ile – nie wiadomo. Nieopodal nas rozłożyła się grupka pielgrzymów z workami pełnymi ryżu. Posiedzieli, pogadali, poszli zostawiając na peronie śladowe ilości ziarna, które wysypało im się z worków. Chwile pózniej podeszła do nas matka z około siedmioletnią córką. Poprosiła o pieniądze. Jak wszyscy, jak co minutę. Jak wszystkim – odmówiłyśmy. Odeszły. Zrobiły kilka kroków. Matka spoglądając na peron wyciągnęła chustęczkę do nosa – taką szmacianą, jakich u nas juz nie ma i spokojnie razem z córką zaczęły zgarniać w tę chustkę wysypany na peronie ryż … Naprawdę nie wiem jak opisać co mi się wtedy przewaliło przez głowę i przez całe ciało. Przez moment trawiłam tę rzeczywistość, a potem po prostu sięgnęłam po całą zawartość portfela i podbiegłam im ją wręczyć, Wróciłam, usiadłam kolo Noelii i się rozwyłam.

* Gdy już zobaczyłyśmy Golden Temple (przepiękna sprawa), odwiedziłyśmy Dalai Lamę w Dharamsali, przejechałyśmy się motocyklami do Malany (przecudna, autonomiczna od Indii, wieś wysoko w górach, w której rośnie najlepszy hasz na świecie i nie można nic ani nikogo doktykać pod karą olbrzymiej grzywny, a mieszkańcy wierzą, że są potomkami Aleksandra Wielkiego), no i gdy poćwiczyłyśmy jogę w Rishikesh, zaczęłyśmy powolny powrót do domu. Pociągiem. Najpierw do Delhi, a potem wiadomo – samolot. Po kolacji w pociągu (trzeba ją sobie kupić), Noelia znienacka kupuje dwa kolejne zestawy. „Przed chwila jadłyśmy” – zagajam. „Chodź, coś Ci pokażę!” – odpowiada. Po drodze do toalety, w tym zespojeniu pomiędzy wagonami, siedziało dwóch ziomów – lat 6 i 8. Poprzytulani, samotni, przestraszeni, Powiedzieli Noelii, że nie mają rodziców, tylko siebie. I jadą po lepsze życie do stolicy. Ten duplikat kolacji był dla nich. „Kurwa mać! No, kurwa mać!” … Zabrałyśmy chłopaków z tego „miedzywagonia” do siebie do przedziału i położyłyśmy ich spać. Nie było łatwo – pociągowi się stawiali, ale my stawiałyśmy się bardziej – bo tyle mogłyśmy zrobić; doeskortować ich do Delhi, Każdy następny krok w którąkolwiek stronę był przechujowy. Zostawić źle, zabrać na dwa dni?? Potem serce pęknie jeszcze bardziej, a oni niepotrzebnie dostaną nadzieję. Zabrać na zawsze się nie da; zawsze dupa z tyłu. W Delhi zaopatrzyłyśmy ich jeszcze w jedzenie i trochę słodyczy by minimalnie osłodzić im ten paskudny los. Zostawiłyśmy ich tulących się na peronie, a ja znów miałam ochotę roztrzaskać sobie o niego głowę.

* W Delhi spędziłam jeszcze dwa dni. Wysiadając w starym Delhi (bardzo biedna dzielnica) z przepięknego cudnie klimatyzowanego, nowiutenkiego metra (co przy 40stopniowym upale jest błogosławieństwem) wpadłam na… I tu mała dygresja; zawsze chciałam być korespondentem wojennym i pracować dla CNN, no ewentualnie fotografem i wtedy to …wygrać World Press Foto. Chciałam robić takie zdjęcia jak to Kevina Cartera z sępem, który wylądował przy umierającym dziecku (po którego zrobieniu, to podobno on sam siedział parę godzin pod drzewem i płakał). „Mistrz” myślałam sobie – „sfotografował śmierć. są ciary”. Jak to mówią – „uważaj o czym marzysz, mała”. … Więc, na zetknięciu tego „amerykańskiego” metra z koszmarem starego Delhi zobaczyłam leżącego ojca z paroletnim synem. Obaj byli nadzy, w pozycji prawie embrionalnej i w całości pokryci muchami. Właściwie tylko oczodoły były od nich wolne. „No to masz swoje World Press Foto” – pomyślałam – „chciałaś sfotografować śmierć cwaniaro, to masz – nie jedną! dwie!” Miałam w torbie aparat, nawet dwa. Nie udało mi się sięgnąć po żaden. Miałam wielki szacunek dla powagi tej chwili i gigantyczny wkurw na absurd sytuacji. Tata i jego syn umierali, a obok tysiące ludzi wchodziło do i wychodziło z błyszczącego metra. Dzień jak codzień w… starym Delhi.

„Nienawidzę Indii”, „nie znoszę tego co mi robią z głową”, „ja się do tego przyzwyczajam” , „wzyszcy tu żebrzą i to mnie wkurwia, a nie jest mi ich żal” – chodziło mi po głowie. „Kurde właściwie to nawet byłabym w stanie kopnąć ten korpusik na desce z doczepianymi kółkami, bo naruszył mi terytorium” – zaczynałam praktykować kompletną znieczulicę. Uzwyczajniałam tę biede. Po miesiącu oglądania tysięcy żebrzących ludzi bez rąk, nóg, na wózkach lub rzeczonych już deskach, zaczynałam praktykować kompletny brak empatii i przez to – nielubić siebie. „To nie jest dobrze” – pomyślałam odbierając od jakiegoś bogatego hinduskiego pana kawę na lotnisku. Postawił mi ją bo okazało się ze rupii mam za mało by ją sobie kupić, a kartą się nie da. Kosztowała tyle że spokojnie możnaby za taką kawę wykarmić uliczną rodzinę przez parę dni. Ja białaska na ślicznym Delhijskim lotnisku dostaję te kawę od ręki, a rodzina na ulicy w centrum miasta musi zbierać ryż z peronu. „Ja zaraz oszaleje. Nie dam rady już tego drugi raz” – tak żegnałam się z Indiami, a miałam jeszcze cała tę daleką północ w planach, no i ogromne południe.

P.S. Właściwie prosto z Indii, wróciłam do reżyserki telewizyjnej dużego festiwalu muzycznego z kupą lokalnych celebrytów. Dostałam po głowie w tej podróży, więc trochę byłam nieobecna. Co chwile obijałam się o jakieś nadmuchane ego – a to kiecka nie taka, nogi bolą od butów, albo w ostatniej chwili zbawiamy świat siedemsetnym poprawianiem, i tak doskonałego przecie, scenariusza. Reżyser, serią inwektyw drze się na operatora, który przeszwenkował „nie tam gdzie trzeba”, a ten kadr, gdyby był poprawny, zapewnie zbawił by świat, W sumie pewnie nawet bym to rozumiała gdyby nie fakt, że miast tego myślę sobie o tym czy dwóch małych chłopców ma co jeść i gdzie spać w Delhi. .

ot co!

no to się dowiedziałam, co właściwie wiedziałam. wszytko to, to szczera prawda. ale jednak gupio się o sobie słucha. Jak chcecie mnie troche zobaczyć oczami przyjaciółki, to TU można. w końcu kto wie o Tobie najwięcej?!

Przy okazji watro posłuchać bo super się słucha podcastów Barbary Marshall. Nawet tych o sobie.

PS. Obiecuje zaraz wrócić.

Bali – why not!

Spłakałam się właśnie w moim balijskim pokoju wrzucając na instagram posta żegnającego Rani – moją sąsiadkę i współtowarzyszkę „niedoli” tutaj w Jiwa Damai.  Nie miałam się przywiązywać, nie taki był plan. Miałam popracować i nauczyć się pracy w ogrodzie [bo jest pomysł na własny w Lipowym Moście] – a do tego Bali wybrałam celowo – bo tanie masaże, dużo knajp ze zdrowym żarciem, joga i takie tam. DETOKS miałam w głowie – no i niby się udało. Nie udało mi się nie przywiązać.  O Rani (cudna mała muzułmanka z Jakarty wyglądająca jak jelonek Bambi, zbuntowana przeciw hidżabowi, prowadząca listę potencjalnych kandydatów na męża – gdyby jednak musiała wyjść a mąż, a do tego rysująca prepiękne komiksy i jedząca posiłki  taką pasją, że  Ci wstyd że traktujesz jedzenie aż tak powszednio) jeszcze napiszę, ale tymczasem o Bali. BO Dlaczego nie!

Jest tu pięknie – nie ma co! Zajebiste pola ryżowe, przepiękne wodospady, ładni ludzie, knajpy  jak wyjęte z Londynu czy Nowego Jorku – no raj –  dla instagramerek! Piękne infinty pools [takie baseny co wydają się nie mieć końca i wisieć nad dżunglą, polami ryżowymi lub nad czymkolwiek innym atrakcyjnym] – o takie:

no bo sama se strzeliłam fotę [w sensie ktoś mi strzelił] w bieda wersji takiego. Są lepsze! Niedoścignionym wzorem instainfinity jest jednak Lauren @gypsea_lust i jej chłopak Jack, którzy z instagramowych profili  postawili sobie tu luksusowy dom.

Na Bali są jeszcze huśtawki do zdjęć nad lasem tropikalnym, hamaki, wielkie kokosy – no instaraj;  tylko lokalna kultura jest w regresie. Aż mi się ciśnie tutaj cytat z bohatera netflixowego serialu „YOU”  – Joe’go [bądź Will’a – kto ogląda to wie, że właściwie niewiadomo]

„Warzywniaki w Los Angeles nie są miejscami do których idzie się po marchewki, to są  wymuskane Disneyland’y wolne od GMO. Idziesz po sałatę, a wygrywasz nowe życie jeśli masz wystarczająco  dużo pieniędzy i przestaniesz jeść gluten.”

To  jest najtrafniejszy opis Bali jaki mogłam sobie wymarzyć; ofiary nowoczesnego kolonializmu.  Seminyak wygląda jak Rodeo Drive. No joke. Wszystko ładne,  wymuskane, RAW,  bez GMO i glutenu. Każdy insta influencer będzie się tu czuł „zdrowo” dopieszczony zanim stanie w półgodzinnej kolejce by zrobić sobie samotne zdjęcie w bramie Lempuyang Temple albo na Bali swing. Ta ostatnia przyjemność kosztuje 35 dolarów(!) i są różne opcje – a ponieważ chętni też są [na huśtawkowe foty], to całe Bali usłane jest teraz huśtawkami – co wzniesienie lub wodospad to huśtawka albo wielki kokos do zdjęć. Dwa konie  z rzędem temu co w centrum Canggu lub Ubud znajdzie lokalną knajpę [prowadzoną przez tubylców – mam na myśli], albo nawet kawałek  lokalnego targu.  Tak wiem – sama przykładam do tego rękę – w końcu przyjechałam tu na vege żarcie, soki z papai i tanie masaże – więc pedałuję równo wszystkimi innymi by ta machina jechała. I szoruje!; jest  bardzo dobrze naoliwiona kasą ładnych ludzi w ekoociuchach uprawiających jogę lub surfing  takich jak @benjaminortega. To jest moje ulubione jego zdjęcie [był tu w tym samym czasie co ja] – bo ta fota –  to jest Bali.IMG_0888.jpg

„A co one na to?” – pomyślałam sobie siedząc w SPA wyjętym  jakby z North Lanes w Brighton, z nogami wyciągniętymi do balii pełnej kwiatów, którą obsługiwała młoda balijka. „Jak one sobie z tym radzą, że siedzą tu same nadęte białe baby i płacą za pedicure tyle ile kosztuje wyżywienie ich rodziny w pół miesiąca.”  – myślałam. Było mi strasznie głupio –  i wiem, tak, one maja pracę więc wszystko jest git, ale jednak czułam się źle i więcej nie wróciłam – pewnie nieznacznie zaniżając im dochód.

Processed with VSCO with fr4 preset

Nawet w Jiwa Damai, gdzie pracowałyśmy z Rani fizycznie – z daleka od tych wszystkich pięknych ludzi – coś wisiało w powietrzu.  To była Margaret – pani psycholog z Nowego Jorku i właścicielka tego pięknego miejsca –  dobry człowiek, a jednak pewnego rodzaju capo dla lokalnych pracowników. „Oni są tu szczęśliwi?” – zapytałam Rani [moją indonezyjkę] – „bo ty rozumiesz co między sobą mówią”

„Staram się nie oceniać” odparła – „myślę, że się nad tym nie zastanawiają, ale dlaczego pytasz?”

Skończyłyśmy te wymianę zdań tym, że  być może obudziła się we mnie polska, narodowa niechęć do najeźdźców, ale nie czuje się dobrze z tym, że oni w swoim kraju nie pracują dla siebie tylko dla „kolonizatorów”  z kasą.  A ja wciąż słyszę od Margaret, że są leniwi. Są czy nie są – ja się niedobrze czuję jako „białas” na Bali i tyle.

W Jiwa Damai detoks zajebiście się udał – pysznie jedliśmy dzięki Jani – tutejszej kucharce, ćwiczyliśmy jogę z Hamsą

IMG_0079– też pracującym tu wolontariuszem.  Medytowaliśmy z właścicielką,  no i ja pływałam; sama w basenie [obyło się bez półgodzinnych kolejek, bo nikt inny nie chciał:)]. Po raz pierwszy w życiu miałam rutynowo ustawiony dzień – każdy taki sam, z regularnymi posiłkami i nie miałam pojęcia jak dobrze takie coś mi robi. Jiwa Damai była też super detoksem od „butikowego” Bali,  które szczerze jest nie do zniesienia. Dlatego Bali – przynajmniej dla mnie –  nie!

PS. To Rani była nagrodą główną tego wyjazdu – mała zbuntowana muzułmanka, która pootwierała mi kompletnie nieznane przestrzenie. Nie mogłybyśmy się bardziej różnić chyba – dlatego tak bardzo ją pokochałam i cenię tę przyjaźń o której jeszcze o napiszę:)

change of plan. czyli eko farma na bali

♦♦♦ please check 4 english tomorrow :)♦♦♦

No i stało się jak się czasem staje. Umówiona byłam z Chile  i w Chile na powrót. Na skończenie Carretera Austral, na lodowce, na piwo z przyjaciółmi.. i się wzięło zesrało. Miałam nawet bilet i… dupa. Parę małych zawirowań – głownie z ludźmi, którzy mieszkali w moim mieszkaniu – i mój plan zmienił się drastycznie. Ni stąd ni zowąd wróciłam na skadinąd moja ukochaną Ząbkowska i znów zaczęłam pracować full time. No bo ratę trzeba zapłacić, bo ZUS też, bo lodówkę trza wypełnić,  i podatek, i wpadłam w wir tego co „muszę” by móc egzystować  w  Warszawie.  Szybko policzyłam, że to co zarobię teraz spokojnie wystarczy na parę miesięcy podróży tylko… trzeba  wynająć  Ząbkowską. No kocham to moje mieszkanie, lubię Pragę i swoje życie tu na dzielni, ale jeśli muszę zapłacić za to cenę stresu i szukania zleceń, i pracowania tylko dlatego, że trza ratę zapłacić i ZUS i te inne – TO NIE, dzieki.  I uświadomił mi to jeden tydzień na Ząbkowskiej – jeden tydzień w Warszawie. Jak się troche pofruwało, to się nie da wrócić do klatki, nawet najpiękniejszej!

Całe szczęście piękną klatkę łatwo wynająć, więc szybko poszło; no i teraz jest inny kłopot – nie stać mnie na Chile. Umiem podróżować niedrogo, ale umówmy się południe Chile to lodowce, parki narodowe za które dość słono się płaci.  Wielodniowe trekingi z namiotem w których jeszcze nie mam doświadczenia – i owszem znam ludzi którzy to robili prawie za darmo, ale to się niestety niedobrze skończyło. [Historie mojego kumpla z Izraela opiszę następnym razem, bo to potrzebna przypowieść jest]. Poddałam się więc [chwilowo] z Chile i pojawiło się „Co teraz KURDE?!”.

Bali – pomyślałam sobie, ponieważ mam niełatwy rok za sobą – najpierw pół roku szwędania się po Ameryce Południowej, a potem rozruch Lipowego [mam mały domek na wsi który zamieniam w agroturystkę] i macanie się z kompletnie nieznaną  mi dotąd materią. Nie chcę sobie już teraz dokładać, a chcę troche odpocząć.  „Zielono, tanie masaże, dobre jedzenie i popieprzanie skuterem wśród pól ryżowych! Trza tylko mieć jakiś plan” – buczało mi w głowie.

Otóż jakiś czas temu odkryłam WWOOF-ing – Worldwide Opportunities on Organic Farms. Wwoof.net to organiczne farmy z całego świata [CAUEGO!!!!!! ]-  które przyjmują wolontariuszy do pracy w zamian za miejsce do spania i jedzenie.  „To jest mój plan” pomyślałam i wystukałam Bali. Znalazłam Jiwa Damai .  No spoko, ale troche zbyt rajsko wyglądało by mogło się spełnić – poranna joga, organiczny ogród, wegańska kuchnia wieczorne medytacje – zajebiście,  zbyt zajebiście. Napisałam do tego cudnego miejsca, ale postanowiłam mieć backup plan. Znalazłam też dwóch szefów kuchni z Toronto, którzy postanowili odejść z pracy i zająć się własnym ogrodem, restauracją i sprzedażą organicznych produktów na tzw. Farmers Market. Potrzebowali wolontariuszy, którzy interesują się wędrówką plonów od ziarna do talerza; fascynatów gotowania, bo sami jarają się jedzeniem. Napisałam do nich też. Potem myślałam jeszcze o Albercie w Kanadzie, bo w końcu tam będzie zima i będę mogła wziąć deskę i troche pośmigać w moich ukochanych Rocky Mountains. Wiec albo Bali albo Kanada. Każda opcja spoko, ale miałam nadzieje na Bali jednak.  I się to Bali odezwało o dziwo i poprosiło o rozmowę na Skype. „No dobra” -pomyślałam – „Jak  teraz – ja pańcia z tele mam ich przekonać, że chce budować domy z plastiku i sadzić organiczne cuda w ich ogródku? Hm?!”  Okazało się, że błogosławieństwem jest moje resume [ które musiałam wysłać – bo łatwo nie jest] bo akurat tam potrzebują kogoś kto im zrobi fajne foty i video 🙂 i ja krogul z moja telewizyjna historia cudnie się tam wpasowuje! A jesli chce się nauczyć o permaculture, [projektowaniu ekologicznym] to zapraszają do ogrodu po lunchu, a przed medytacją. Na koniec rozmowy więc usłyszałam: „Przyjeżdżaj. Aaa pamietaj: będziesz musiała wynająć skuter”

Jezu jak ja marzyłam o wynajęciu tego skutera! I przejażdżkach nim wśród pól ryżowych. I o nauczeniu się mnóstwa rzeczy, które kiedyś mam nadzieje wykorzystam w moim własnym ogrodzie w Lipowym Moscie. [Do tej pory posadziłam tam tylko dwie sadzonki pomidorów – były zajebiste te dziady, zupełnie niechcący, bo zupełnie nie mam pojęcia jak obchodzić się z pomidorami, no i rukole, która jak wiadomo rośnie sama.] Mam smaka na ogródek pełen dobroci i myśle, że jadę w najlepsze miejsce by się go nauczyć.

do zobaczenia w marcu i trzymajcie kciuki

albo wesprzyjcie na: patronite.pl

albo obserwujcie. Bedę wybierać dla Was najpiękniesze pamiątki z Bali i wstawiać je na mój travelshop

 

troche mnie nie było. hey I am back.

♦♦♦ English below ⇓

Hej. Wracam. wiem trochę mnie nie było, ale są ku temu powody – oprócz tego jednego oczywiście, że strasznie u mnie źle z systematycznością. Za mną sezon  w Lipowym Moście, ktorym się za bardzo nie chwaliłam, bo tak naprawdę to dopiero rozruch był. Na razie tylko przez Slowhop ale cóż to za rozruch – udał się genialnie. Lubicie Lipowy i to mnie cieszy okrutnie!!!!! Wiosną powstanie ogródek, więc oprócz własnego chleba będą własne warzywa, ale najpierw czas na nastepną podróz:)

Jeszcze nie opisałam całkiem poprzedniej (co zamierzam nadrobić zaraz), a jadę dalej – no nie skończyłam poprzedniej z paru powodów – w południowym Chile zastawała mnie już zima, kończyły mi się fundusze no i kompletnie źle zaplanowałam gospodarkę ciuchową; wywaliłam wszystkie ciepłe ubrania na północy Argentyny, bo wydawało mi się że nie spotka mnie już żadne zimno. Prawdę mówiąc nie spodziewałam się także, że dotrwam w Ameryce Poludniowej do zimy. Dotrwałam. I wtedy właśnie tę podróż przerwałam. Wracam teraz tam gdzie jej nie skończyłam – do Chile. W planie jest W- trek – parodniowe łażenie po parku narodowym Torres del Paine, powrót do Caretera Austral – bo został mi bardzo mały kawałek od Puerto Rio Tranquillo do O’Higgins – bym mogla powiedzieć – mamy to!!!! No i połażenie po polu lodowcowym w Chile.  No i jeszcze mnóstwo atrakcji o których nie wiem ale o których na pewno się dowiem. Już na miejscu:) Wiem, że po raz kolejny obiecuje być systematyczna, ale mam nadzieje ruszycie ze mną:) Tymczasem powspominam moje starsze wypady.

 

♦♦♦ English Version

I  know I keep promising to be systematic here, but bloody truth is that I am not. I was absent as well cos I put a lot of effort into the first ever season of Lipowy Most – what a season – I still cannot believe!!! You like Lipowy Most a lot, which gives me goosebumps. Thank you for all the good words on Slowhop. We plan to make a little garden next season so we’ll have fresh veggies on the top of the freshly baked bread. First things first tough – the next trip.

I haven’t covered the previous one (and I am set on doing this now) but I am hitting the road again. This one will take off from where I stopped the last time – due to a lot of stuff like winter catching me up with no warm clothes, an empty bank account and a job back home that I was offered. I was really unwise with my clothing giving away all the warm stuff north of Argentina when I was thinking I will not last on my trip till south american  winter. Not only did I last till then but I had to cut the trip cos of lack of the clothes to make a W – trek and some other cool things. Now I am picking up where I took of  – in Chile.  The plan is to do the W-trek now and finish the missing tiny bit of Carter Austral – from Puerto Rio Tranquillo to O’Higgins – so i could say –  yep done and dusted! I hope to wander the Chilean glacier field and do a lot of other stuff that I have no idea of but hope to find out on the spot. I know this is an endless promise to be systematic with my writing, but I hope to have you guys on board. Meanwhile, I will account on my older adventures.

yours

malgo.

 

 

Jujuy. Purmamarca.

♦ english version below ♦

Te empanady z winem  na kolacje były genialne. Cały wieczór był w pytę, a Matias i Lucas okazali się być po prostu super gospodarzami.  Już w pierwszy wieczór poznałam większość rezydentów hostelu, w tym Mari – moją późniejszą wspólniczkę w wyprawach. Większość,  poza jedną parą była z Argentyny, co generalnie bardzo sprzyjało mojemu hiszpańskiemu; trza było tylko przewalczyć to poczucie bycia ekstremalnym debilem gdy się szukało dobrej konstrukcji zdania czy słowa w czasie gdy wszyscy wyczekują na to co powiesz.  Nic to. Casa Colores stała się moim domem na chwilę –   no na prawie dwa tygodnie – w systemie on and off oczywiście, bo wyjeżdżałam i wracałam. Ale bazę miałam u chłopaków.  Matias [ten co mnie znał z Bariloche niby] i Lucas [jak się potem okazało nie dość, że uroczy to też bardzo utalentowany artysta – @guigonluc na instagramie] stworzyli małą komunę – dzieliliśmy [prawie] wszytko – posiłki,  tanie białe wino ze sprite’m, mate; małe radości i trochę smutków też. Trochę mi to przypominało stare dobre czasy w  Green House, dzięki któremu wracam do Patagonii jak popieprzona – ciągle. W Tilcarze też mogłabym zostać, tak naprawdę.

Tilcara jest jednym z trzech, a właściwie czterech [za chwilę się okaże jak głupio zgubiłam jedno z nich] bardzo turystycznych miasteczek w dolinie zwanej Quebrada de Humahuaca biegnącej z La Quiaca na granicy z Boliwią do San Salvador de Jujuy. Wszystkie te małe, urocze miasteczka dzieli mniej więcej półgodzinny [czasem dużo mniejszy] dystans autobusem i wszystkie mają coś cudnego do zaoferowania. Tilcara leży w miarę po środku, więc najprościej jest stamtąd wszędzie dotrzeć – tak sobie przynajmniej to wytłumaczyłam. Poza tym Facu i Seba – obaj mnie tu wpakowali. Z innych miasteczek też nie jest trudno;  a do tego bardzo uroczo,  bo przystanki collectivos po drodze to małe dzieła street artu.

 

No, ale po kolei:

Purmamarca.  – jest najmniejszym, pierwszym od strony San Salvador de Jujuy miasteczkiem, które się napotka jadąc w stronę Boliwii i ostatnim z Boliwii jadąc.

Processed with VSCO with kp1 preset

Jest malutka, ale sławna; taka trochę gliniana i urocza –  to chyba najbardziej obfotografowane miasteczko na instagramie.  A tu jest dowód #purmamarca. W samym swoim środku ma górę o siedmiu kolorach – nieco mniejszą, właściwie dużo mniejszą, niż ta w Peru i, co ważne, o wiele łatwiej dostępną. Nie ma się co dziwić, że lgną tam turyści i wszyscy wspinają się na przeciwległe wzniesienie by zrobić parę fot. Co ciekawe, by się tam wspiąć należy opłacić niewielki haracz [10 peso – ok. złotówki] właścicielowi niezamieszkanego domu do którego należy mały przesmyk prowadzący do pożądanego wzniesienia. Sądząc po ilości ludzi nawet te dziesięć peso od głowy daje gościowi niezły dochód.  Nie ma to jak chata  stojąca w niezłym punkcie jednak. Mari [moja wspólniczka wycieczkowa nawet próbowała protestować, ale na niewiele się to zdało wobec chęci zrobienia takiej samej foty jaką robi tysiąc innych osób tego samego dnia:

Jak już się cyknęło tę słynną fotę z góry, to można przejść sobie spacerkiem po Paseo de los Colorados – bardzo miłym szlaku wśród różnokolorowych skał. Mari i ja część przeszłyśmy:

Processed with VSCO with kp1 preset

a część przejechałyśmy stopem, ale tylko dlatego, że byłyśmy leniwe – nie dlatego, że to jest długi lub trudny spacer; no i po troszę dlatego też, że lubimy i poznaje się wtedy super ludzi.  Stopem można dostać się też do do Salinas Grandes – innej atrakcji Purmamarki, i też mniejszej, ale uroczej wersji Salar de Uyuni w Boliwii.  One podobno powoli zanikają te solne połacie, bo są nadmiernie eksploatowane. Póki co –  istnieją i warto się tam wybrać, choćby po to by przejechać się uroczą pokręconą drogą – bo widoki są przecudne.

Processed with VSCO with kp1 preset

 

 

 

Jak ktoś stopem nie chce lub się wstydzi trochę –  to w centralnym punkcie miasteczka – a naprawdę nietrudno się go doszukać – stoją panowie oferujący podwózkę. Wycieczka busem z panami jest dość droga jak na lokalne warunki bo kosztuje $350 [peso, nie dolarów – nie przestraszcie się. W Argentynie używa się takiego samego, lub prawie takiego samego, znaku do oznaczania lokalnej waluty, jakiego używa się do oznaczenia dolara] czyli około 35 złotych. Można też wskoczyć na pokład jakiegoś lokalnego autobusu w stronę Chile  – tak mi się wydaje, ale tego szczerze nie sprawdzałam.

Zupełnie niechcący natrafiliśmy też na coś co się nazywa Encuentro de Copleros i generalnie polega na zebraniu mieszkańców okolicznych miejscowości, piciu, graniu na czymkolwiek i śpiewaniu.  Nie wiem z jaką częstotliwością się odbywa to spotkanie, ale byliśmy na 35tym jubileuszowym głośnym evencie. Tradycyjnie na takich spotkaniach pije się chichę [sfermentowany napój z ziaren, kukurydzy i owoców], ale nietradycyjnie pije się tam wszystko i im więcej tym lepiej. Oficjalnie podano, że przygotowano ok.  250 litów chichy, ale nieoficjalnie chyba było więcej plus mnóstwo wina, piwa i tony jedzenia. No to był niezły festyn – dosłownie:) I naprawdę zastanawia mnie dlaczego mam tylko takie grzeczne zdjęcia.

Processed with VSCO with kp4 presetProcessed with VSCO with kp1 preset

Jeśli chodzi o jedzenie, to ja zakochałam się w lokalnie robionych nadziewanych torillach, ale napiszę o ich później opisując Humahuacę [czyli inne z lokalnych miasteczek], bo tam były najpyszniejsze. Generalnie stanowiły znaczną część mojej diety w Jujuy … i jak się okazało potem tez w Salcie.

Powrotny autobus [collectivo] do Tilcary, łapie się dokładnie w tym samym miejscu, w którym łapie się turystów jadących do Salinas Grandes. Wszystkie te autobusy były maksymalnie rozśpiewane, bo styczeń i luty to czas wakacji tu w Argentynie, więc lokalni backpakersi z gitarami umilali przejażdżki. Serio – cały autobus śpiewał.  Przejazd kosztuje $30 czyli 3 złote [nie wiem czy wliczyli występy artystyczne], a po drodze mija się miasteczko o nazwie Maimara. Zawsze sobie o nim myślałam że śliczne i muszę kiedyś wyskoczyć na chwilkę z tego „coli” [collectivo w skrócie], ale nigdy kurcze tego nie zrobiłam.  Do dupy, że nie zrobiłam! NIE POPEŁNIJCIE TEGO BŁĘDU jeśli będziecie kiedyś tak przejeżdżać. NIGDY! Po pierwsze – tam jest dużo fajniejsza góra o siedmiu czy iluśtam kolorach niż w Purmamarce, po drugie jest piękny cmentarz a po trzecie…. dopiero tu w Bariloche [bo tekst ten pisze juz z Patagonii] odwiedzając sklep z winami dowiedziałam się o TYM MIEJSCU. To jest lokalna, podobno przepiękna bodega i do tego robi pyszne wina. Ja uwielbiam tzw. „vinos de altura” czyli wina z winogron rosnących na dużych wysokościach. Dość soczyście przeklęłam dowiadując się ze przegapiłam taki rarytas. Byłam co prawda potem w Cafayate – drugim po Mendozie największym regionie winnym Argentyny robiącym właśnie vinos de altura, i do tego myślę fajniejszym niż sama Mendoza, ale cholerka – no przegapiłam wino z Jujuy. I do tego ten pan w winiaku [taki winny warzywniak] tak bardzo je zachwalał. DO diaska – a ta Maimara była TYLKO 5 km od Tilcary! Jasne można je kupić tu w Patagonii, ale co to za radocha teraz?!  W każdym razie butelka polecanego wina wyglada tak:

Processed with VSCO with kp1 preset

Nie omijajcie!!! Ja niestety ominę Maimarę [tak jak ją omijałam autobusem – niewiele o niej wiem:(] i następnym razem napiszę o Tilcarze –  czyli o moim domu trochę. Hasta Luego – czyli do następnego!

a to jeszcze PURMA!

Processed with VSCO with kp1 presetProcessed with VSCO with kp1 preset

 

♦ english version ♦

So the dinner of empanadas and wine was awesome. The whole evening was cool as hell and the guys – Matias and Lucas made it super unique.  The vey first night I met all the hostel residents including Mari – my later partner in crime on all the little trips from Tilcara. Most of the people there, except one couple, were Argentinians, which was awesome for my Spanish; all I needed to was to fight that feeling of being stupidly numb while looking how to construct a sentence or for the right word and see everybody waiting and trying to squeeze that word out of you:) Hell wit it. Case coolers became a house for almost two weeks. This was an on and off system as leaving and coming back. But the base was here with the guys. Matias [the one who claimed to know m from Bariloche] and Lucas [who turned out to be not only a supervise guy but also and awesome artist – @guigonluc on instagram] created a mini community that was sharing a lot of stuff = from cheap white wine with sprite and ginger, mate, dinner to little wins and some sad moments. It reminded me a lot good old times at the  Green House the reason I am coming back to Argentina like I am mad. I could actually live in Tilcara as well.

Tilcara is one of the three, actually four [i will confess in a while how stupidly i lost one of them] very touristy little towns in a valley called Quebrada de Humahwaca that runs from La Quiaca on the Bolivia border to San Salvador de Jujuy. All the  cute, little towns are separated by 30 min distance on a bus {sometimes much less] and all have some cool things to offer. Tilcara was the most centrally located, so it was the easiest to make day trips from there or at least this was the explanation  I made to myself. No, wait! It were Facu i Seba  who framed me into being here:) Anyways, Tilcara had a really easy access to all of them and the trips were nice cos all the stops on the way were a street art gems.

But first things first:)

Purmamarca.  – is the smallest  and the first one of the little towns coming from San Salvador de Jujuy and the last one coming from Bolivia. Purmamarca is tiny but instafamous – a mud constructed, cute little town that looks good on photos. #purmamarca has a mountain of seven colours just in the middle of it – it’s way smaller than the one in Peru, but way more accessible, so no wonder people storm the opposite hill to take a few snaps. What is interesting you you had to pay a little [10 peso = 0.25 dollar] tribute to the owner of an uninhabited house whose fingernail bit of a garden you had to trespass to get to the hill in demand. Mari, my Jujuy trips soulmate, was trying to argue with the forced payment, but the grudge to make the exact same photo as the other thousand people on the same day was way stronger. Anyway, having in mind the amount of people crossing everyday the tiny piece of land, the owner of the house in question was having a rather nice life.

 

When you happily too the photo in question, there is a nice walk to do. It’s called Base de los Colorados and it a nice, tranquil trek in between the coloured mountains. Mari and me walked a part of it and then hitchhiked the rest of it. No it’s not cos it was too long or difficult, but cos we got lazy. But also because hitchhiking is fun and we really love to do it. And we like the people who pickup hitchhikers – they are always open and cool.

So, you can check it out hitchhiking to Salinas Grandes – another popular spot close to Purmamarca and yet another smaller, but cute version of Salar de Uyuni in Bolivia. I was told that the salt is disappearing from there slowly as it’s  being overexplioited, but since they are still there, they are worth a trip. The very road leading up to there is just awesome.

If you don’t not feel like hitchhiking and not a fan of it, then there is another option to get there. In central Purmamarca – trust me it’s super easy to find that point – there are a bunch of guys offering a drive to  Salinas Grandes for $350 [don’t worry guys, it’s peso, nit dollar; they just use the same or a similar sign]. Or you can hop on the local bus towards Chile –  I think, but i haven’t researched that option.

I haven’t researched the Copleros either, but they somehow came my way; or I came theirs. It was Purmamarca’s 35th Encuentro de Copleros – a lound meeting  of local comunities that is all about drinking, playing something, singing and having fun. Traditionally you drink chicha there [ a fermented drink made od grains, corn and fruits] but untraditionally you drink there anything you can and the more you can the better. Officially, there was around 250 litres of chicha there, but  unofficially there was way more plus tons of wine, beer and food. This was hell of a party and I am surprised I only have a well- behaved photos. By the way, I fell in love with stuffed tortillas that they offer from street grills, but will talk about them in the Humahuaca section cos there they were the yummiest. They became a huge part of my Jujuy diet and my Salta diet as well.

The bus [collectivo] back to Tilcara stops in exactly same central spot where the local guys hunt for tourists to take them to Salinas Grandes. All the buses where filled with live music, as January and February here is a holiday time, so it was fun to travel with local backpackers equipped with ukulele or just a guitar. The trip to Tilcara costs 30 peso – less than a dollar and you pass by another local gem town Maimara. I was always thinking how cool the place is and never got off the bus. It was just too close [only 5 km] from Tilcara and I was always saving it for the next time. SHIT! If you ever pass by Maimara I dare you not to make that mistake. First of all, Maimara has a way better mountain of seven colours  and almost no people photographing it and it also has THIS PLACE. I only found out about it in a cute wine store in Bariloche, in Patagonia, where the owner was praising the Jujuy wines! I did not even know there is Jujuy wines. The bodega is apparently beautiful and the wines stunning. I love so called vinos de altura, which are wines made of grapes planted high up in the mountains. I kind of cursed really bad having heard I’ve missed such a delicacy. I did went to Cafayate though [Argentina’s other wine region – after Mendoza, which makes vinos de altura], but still i have missed the Jujuy vine. Well, I did not really, I still could buy it in the  cute wine shop in Bariloche, but that’s not the same:(

Anyway, the bottle is on the picture above.

So don’t miss it. I will miss Maimara as i know nothing about it and write the next post on Tilcara that was my home in Jujuy. See ya soon, then I hope.