Jujuy.

„never look back, you’re not going that way”

♠ENGLISH BELOW♠

To wszystko jest wina Facu i Seby.  Przez nich to Jujuy. Facundo to odpisał na mój publiczny post na couchsurfing’u o tym że jadę do Peru. ” Witaj w Ameryce Południowej. Będziesz się dobrze bawiła. Peru jest super, ale zapraszam do północnej Argentyny. Tu dopiero jest pięknie, dobre wino, pyszne mięso a ja mieszkam z dziesięcioma psami w trzystuletnim domu i robię sery”  NO i co?  Co Wy na takie dictum?! Nie skusiłoby Was?! Trzystuletni dom i te sery?!!!!!! Facu doadał jeszcze, że oniegdaj w domu przebywał Pablo Neruda. W tym domu naturalnie. Naturalnie skręcało mnie z checi pojechania tam.

Potem do grona winnych dołączył Sebastian – peruwiańczyk u którego mieszkałam w Tarija, w Boliwii – tamtejszym regionie winnym. Genialny gość z którym się bardzo zaprzyjaźniłam i, który z jakiegoś powodu pchał mnie do Tilcary.  Wcale nie miałam tej Tilcary w planach – stanowczo więc odmawiałam. On dalej namawiał,  a ja dalej odmawiałam.  Pojechałam do Jujuy z przekonaniem, że Tilcarę ominę. Nie ominęłam; mądrych to jednak trzeba słuchać. Ale od początku.

W końcu, mimo braku kasy, dotarłam do San Salvador de Jujuy. Facu przejechał po mnie na Terminal i było to chyba najmilsze powitanie jakie mi się przydarzyło. Nie znaliśmy się a od pierwszej minuty czułam, że miałam dobrego kumpla. Szybko ustaliliśmy, że ja potrzebuje praktyki w hiszpańskim, on w angielskim, więc oficjalnym językiem naszego spotkania będzie Spanglish.  Tak się zagadaliśmy, że wcale nie zauważyłam kiedy gość wywiózł mnie gdzieś za miasto Jujuy [którego w końcu nie widziałam wcale, ale podobno urodą nie grzeszy] na farmę do miejsca, które okazało się być  absolutnym…. RAJEM . Dom był przepiękny, stary, nadźgany historią, otoczony cudnymi górami, a w środku do tego jeszcze wino, pyszne żarcie i dwóch znakomitych gości – Facu i jego supertata.

Processed with VSCO with kp1 preset

Processed with VSCO with kp1 preset

 

Processed with VSCO with kp1 preset

Processed with VSCO with kp1 preset

Tata Facundo miał najpiękniejszy mózg świata –  był oczytany milion – no, w końcu był byłym sędzią tutejszego sądu [ja wiem to jest wcale nie takie oczywiste, że ludzie na  tego typu stanowiskach, to ludzie mądrzy sądząc po wiedzy geograficznej prezydenta Dudy czy ministra Waszczykowskiego, ale dla odmiany miło było tak pomyśleć]. Tatę poznałam podczas lunch’u następnego dnia po przyjeździe i wtedy też zaczęliśmy gadać. Bardzo dobrze nam się gadało, a wieczorem ocknęliśmy się zapytani przez  Facu co jemy na kolację.

„Fajny ten Twój tata” odpowiedziałam.

„Domyśliłem się. Właśnie przegadaliście osiem godzin” – uśmiechnął się.

Rzeczywiście.  Od trzynastej –  to było osiem godzin. Gadaliśmy niemal o wszystkim –  o polityce i ustroju Argentyny, o Jujuy [prowincji, nie mieście – dalej wyjaśnię o co chodzi], o jej zmieniającym się krajobrazie, klimacie, historii, o historii domu [który na swych dość rozległych przyległościach okazał się mieć też własny cmentarz i amfiteatr do takich czwartkowych nieobiadków,  a koncertów urządzanych przez babkę taty],  o Polsce,  o San Escobar – no o wszystkim. O dziwo po hiszpańsku.  W sensie, to było zupełnie naturalne w przypadku taty Facundo, a w moim już nie bardzo. Mój hiszpański nadal kulał, ale ponieważ te nasze konwersacje powtarzały się codziennie, to codziennie jednak miał się coraz lepiej. Niewiele pozwiedzałam w te pare dni, ale to było najmilsze i najbardziej pouczające niezwiedzanie jakie mi się przydarzyło.  Wieczorami Facundo i ja gotowaliśmy i piliśmy wino, robiliśmy hummusy, przypiekaliśmy sery [tak te lokalne, które robił Facundo], no i mieliśmy kompletnie nieudane podejście do upieczenia chleba. Kompletny CHILL. Wakacje od wakacji.

Processed with VSCO with kp1 presetProcessed with VSCO with kp1 presetProcessed with VSCO with kp1 preset

 

Wyobraźcie sobie, trudno było się stamtąd ruszyć!  Ale tyle się nasłuchałam o tym jak piękne jest Jujuy, że trzeba było to zobaczyć. Ha, no więc jednak!  Tilcara!

„To jak się nazywał ten hostel w Tilcarze w którym tak koniecznie miałam zamieszkać?”.  – zaesemesowałam do Sebastiana

„Casa Colores” – szybko odpisał.  „Jedź koniecznie, oni są tam tak samo popierdoleni jak Ty”

No dobra! No więc zostaję na jakiś czas w Jujuy!

I teraz mała dygresja; Argentyna podzielona jest na prowincje i często zdarza się tak, że stolica prowincji nazywa się tak samo jak sama prowincja np. Salta i Mendoza tak mają -prowincja Salta i jej stolica też Salta.  Dla odróżnienia więc mówi się, że się było w Salta, la capital – w stolicy, bo powiedzenie że  np. podobała mi się Salta  – bardziej oznacza całą prowincję, niż samo miasto. Ba zresztą stolice prowincji zazwyczaj nie są superinteresujące; najpiękniej jest poza nimi. W Jujuy [prowincji] stolicą jest San Salvador de Jujuy, potocznie zwany też Jujuy, czyli tak samo jak prowincja. Jadąc do Tilcary, zostałam więc w prowincji Jujuy, ale nie w mieście. W mieście nigdy nie byłam. No to tyle.

Facundo zawiozł mnie na przystanek. Czekała tam już pani w kowbojskim kapeluszu jadąca do Purmamarki – jednego z tych miasteczek, których instagramowi podróżnicy nie są w stanie pominąć – BO ładne i ładnie wychodzi na fotach.  Tilcara była troszkę dalej.

” Nie boisz się tak sama?!” – zapytała lokalna kowbojka.

No trochę się obawiam tej Tilcary – pomyślałam sobie, ale:

„Nie, lubię to!” odpowiedziałam nie kłamiąc.

Naprawdę to lubię pomyślałam gapiąc się na zmieniający się krajobraz przez okna autobusu. Tata Facundo miał rację; co pół godziny zmieniało się wszystko. Z deszczu wjeżdżaliśmy w palące słońce, z dżungli w pustynię, mijaliśmy niskozabudowane, gliniane, urocze miasteczka, a ja cieszyłam się jak dziecko na widok  wielkich kaktusów. Uwielbiam wielkie kaktusy!

Processed with VSCO with kp1 preset

Processed with VSCO with kp1 preset

Processed with VSCO with kp1 presetProcessed with VSCO with kp1 preset

Na mały terminal autobusowy w centum Tilcary dotarliśmy po ok. dwóch godzinach. Dookoła było mnóstwo hosteli więc słynna CASA COLORES musi gdzieś tu być – pomyślałam sobie.   Na podarowanej mi w centum informacyjnym mapie, panie narysowały mi długą drogę przez most. Akurat ten hostel nie był w pobliżu – był po stronie miasta, w której nic nie było. No niewiele, w każdym razie.  „Ja prdl to musi być jakiś wyjątkowy hostel” pomyślałam patrząc na mój superciężki plecak i na mapę na której rysowała się wizja bardzo długiego spaceru. Nakupowałam milion pięknych peruwiańsko-boliwijskich rzeczy do Lipowego, to teraz mam – plecak jak z kamieniami. Ruszyłam wlecząc mój plecak po ziemi [całe szczeście ma kółka, więc można go też ciągnąć jak walizkę, a nie tylko targać na plecach] i sapiąc dotarłam do Casa Colores.

„Czekałaś na MNiE?!” – zaskoczył mnie głos z tyłu.

„A macie miejsca? Sebastian mnie przysłał.”  – walnęłam tak po prostu.

„Jasne, że mamy. dla znajomych Seby zawsze. A ten plecak dlaczego taki ciężki?! „-  spytał Lucas [bo tak miał na imię gość] próbując mi pomóc . „Sebastian jest w środku?!”

dla formalnosci: TO jest SEBA:

Sebastian
Sebastian, my cool friend!

 

” Sebastian i jeszcze parę innych trupów” – odpowiedziałam.

Uśmiechnał się

” Robimy właśnie zrzutkę na empanady i wino na kolację. Fajnie, że jesteś, będzie weselej.”

Ledwo usiadłam, a do hostelu wpadł jakiś wariat i rzucił się do całowania mnie na dzień dobry [generalnie wszyscy Argentyńczycy dają sobie buziaki przy poznaniu, ale prawie nigdy nie są one tak gwałtowne]

„Ja Cię znam z Barlioche” – powiedział Mathias –  jak się okazało właściciel hostelu.

„Kurka, nie znam gościa” pomyślałam. Ale fakt, w Bariloche byłam, to może on mnie faktycznie zna.

Złapałam wifi i odebrałam wiadomość od Seby; „a nie mówiłem, że popierdoleni tak jak TY?!”

No mówił!

I może  właśnie dlatego zostałam tam tak długo 🙂  I dłużęj też bym mogła! Za chwilę napiszę dlaczego i obiecuję, że będzie więcej o miejscach do oglądania niż o mnie.

English version ↓ below the photo.

TILCARA by night
TILCARA by night

 

This is all Facundo’s fault; and Sebastian’s. They are to blame for all the Jujuy thing! Facundo replied to my Peru public trip on couchsurfing. „Welcome to South America” he said. „You will have a great time here. Peru is awesome, but why don’t you come to North Argentina?! It’s beautiful here, there is great wine and amazing meat. I live here in 300 years old house with ten dogs and make cheese” And what do you say to that?! Then he also mentioned that Pablo Neruda was staying there in the house some time.  Yeah, right there in that house. I did not want to go there, I was craving to go there!

Then, there was Sebastian, a Peruvian guy I stayed with in Tarija, Bolivia – the cool wine region there.  We made cool friends and for some reason he was pushing me to go to Tilcara in North Jujuy.  I had no plans to go there whatsoever so I kept refusing. He kept pushing. Anyway,  finally I left Bolivia for with my plans unchanged. I was strongly convinced I will miss Tilcara this time. I didn’t. Sometimes you need to listen to smart people. But, let’s start from the top!

Despite my money changer problems, I managed to get to San Salvador de Jujuy. Facundo received me at the bus terminal and it was one of the coolest meetings ever. We did not know one another, but it took seconds to feel he’s a good pal. We quickly decided the the official language of this meeting should be Spanglish as he needed to practice English and I did Spanish. We hopped into the conversation so fast and so engaged that I hardly noticed how, in no time, I was taken quite far away from the capital city of Jujuy into a farm that happened to be…. a PARADISE! The house was stunningly beautiful, placed on a massive green farm and filled with history. God if the walls could talk! And it was a mere addition to the two supercool guys living there – Facu and his dad.

Facu’s dad was sharp-witted, super clever guy. I met him for lunch the next day and this was when we started talking. It was a long, interesting and a very nice chat stopped abruptly by Facundo’s asking us what we wanted to eat for dinner.

„Your dad is awesome”  I said to Facu.

„I’ve noticed” he replied „you guys just talked for over eight hours”

I WAS over eight hours I realised.  We talked everything – Argentinian politics, Jujuy – the province; its climate and nature, the history of the house itself that happened to also have a cemetery and the amphitheatre on its wast belongings [the latter used by the great grandmother used for Saturday’s concerts for the local Boheme] Poland and who knows what we haven’t discussed.  And to my surprise it was all in Spanish, which was only natural for Facundo’s dad, but it was not so obvious with my twisted, goofy Spanish. I felt it was untwisting slowly as we worked out a little routine of having the chats every day:) I did not see any of Jujuy these days, but it was the nicest and most educative not- sightseeing practice I have ever experienced. Just cool lazy time. We cooked in the evenings, drank good wines, toasted some of the Facu’s cheeses and even had one totally failed attempt of baking some bread. Holiday from holiday. As chilled as it can only be.

It was really hard to move my ass from there, but I needed to check out if what was said here about the province of Jujuy was right. So, it seemed only right to hit the road. Seemed like I am heading out to Tilcara anyway!

„Hey, what was the name of the super fab hostel in Tilcara I had to go to?”  –  I asked good old friend for help.

„Casa Colores” Sebastian replied quickly „you won’t regret it! The guys there as fucked up as you are”.

OK then. Let’s go Tilcara, let’s explore Jujuy!

Now, I need to explain one thing. Argentina is a lot of provinces, some of which are named exactly the same as their capital. This is the case for Salta and Mendoza for example; the province of Salta and Salta – it’s capital city.  To be clear,  you just simply say: I am in Salta, la capital or Salta, which would mean the province. In Jujuy, the capital city is San Salvador de Jujuy, often reffered to as Jujuy, which again is same name as the province. So going to Tilcara, I was staying in Jujuy, but at the same time have never made it to Jujuy, the capital. That’s basically it.

So, Facundo took me to the bus stop and I waited there accompanied by a local lady in a cowboy hat. She was going to Purmamarca – one of the cool instagram destinations. It is a photo friendly, photogenic cool town in every bit of it. Tilcara was a bit further up north.

„Aren’t you afraid of travelling just like that by yourself” she asked.

I am a little chicken about the whole Tilcara thing i thought but:

„No, I like it!” I replied  being completely honest.

I do really like it –  I thought staring though the bus window. The nature  was awesome. Facu’s dad was right – there was a change every 30 minutes from jungle to desert, from rain to burning sun. We passed by the picturesque little towns made of mud and I was kid overjoyed seeing the huge cactuses. I adore cactuses!

We got to Tilcara bus terminal within about two hours. There was tons of vibrantly cool hostels around. „Yeah” I thought „Casa Colores must be somewhere here!” I wasn’t sure though and since there was no mobile signal I had to check out with the local information centre. The news wasn’t great. Casa Colores was on the other side of the bridge, in the part of town with not much else but just the hostel. „Fuck, this must be pretty special hostel if it’s that far and still worth it” I thought looking at the map and then – at my super heavy backpack. There was quite a walk ahead of me.  I had bought a ton of supercool Peruvian and Bolivian artesania for my cottage before coming to Argentina and it was all sitting in my bag. So now: there you go babe: carry it!  Cool that my backpack had this

wheel system that lets you pull it like a suitcase, so I somehow got there ok.

„Are you waiting for me?” I heard the voice from behind.

„Hey, do you have space? Sebastian sends me here!” I shot just like that

” We always have room for Sebastian’s friends. Why is the bag so heavy?! – Lucas [was his name] asked trying to help me. „Is Sebastian inside?”

↑ up there there is a pic of Sebastian just to give you an idea of what we are talking about:)

„Yep. Him and some other bodies!” I replied.

Lucas smiled

„There is a plan to get empanadas and wine and eat them together of dinner at the hostel. Cool you’re here. It’ll be fun!”

I barely managed to sit down to collect my thoughts and there is this guy storming though the door and kissing me hello. [Generally, all Argentinians kiss when they first meet, but I did not expect it to be that intense]

„I know you from Bariloche” said Mathias, who happened to be the owner of the hostel

„Shit, I don’t know the guy” I thought „but truth is I was in Bariloche a few times, so who knows?”

Then, I suddenly got the wifi signal and a message pops up: „Didn’t I tell you they are as fucked up as you?!.

„Yep Seb. you did!” I thought

So, maybe this is why I stayed there quite a bit. And to be honest I could do more. Much more. I will write why soon! and I promise to concentrate more on the things to see more than things about me. 🙂

 

 

 

 

 

Argentyna. znów w domu. Argentina. back home.

english version below 🙂

Zapomniałam. Zapomniałam jak dobrze się tu czuje. Niby jak można zapomnieć, że gdzieś człowiekowi jest dobrze? No nie można, ale jednak zapomniałam jak bardzo mi tu dobrze. Jak dobrze, że znów jestem w Argentynie. Już szósty raz.

Sporo jeszcze było do zrobienia i w Peru i w Boliwii – no bo trza w końcu do dżungli pojechać przyjąć ayahuascę [napój stosowany w lokalnej medycynie dla duchowego oczyszczenia] , pojeździć po wydmach Huacachiny [miatsteczko -oaza otoczone wydmami] na desce, gdzieśtam zboczyć, cos powariować. Ale nie – gnało mnie w dół i  nie wiedziałam po co. Podświadomie pędziłam przez oba te kraje, żeby dopiero po przekroczeniu granicy w Aguas Blancas skumać, że ja tu, w Argentynie, jakoś inaczej oddycham. Pieprzyć – taki ze mnie podrożnik, że podświadomie chciałam do domu, bo ja tu się czuje jak w domu. Wszystko mi tu pasuje i ludzie, i klimat, i wino i jedzenie. Tylko do pory jedzenia się nie mogę przyzwyczaić [w Argentynie kolacje jada się około jedenastej w nocy, a między porą lunchu, a około ósmą wieczorem miłosiernie panuje ciocia siesta, więc wszystko – z wyjątkiem supermarketów jest zamknięte.] No, i chrzanić też to,  że zaczęło się od kłopotów.

Przejście graniczne między Bermejo w Boliwii a Aquas Blancas w Argentynie to właściwie rzeczna przeprawa; przynajmniej jak się chce przejść nogami – w sensie samemu a nie jakąś zorganizowaną grupą czy wycieczką. Ja chciałam przejechać się lokalesami [autobusami lokalnymi zwanymi collectivo, które na odjazd czekają, aż znajdzie się wystarczająca ilość chętnych], więc musiałam się przeprawić łódką. Sprytnie [niechcący]ominęłam wszystkie punkty wymiany walut w Boliwii, przeprawiłam się na drugą stronę, odprawiłam w obu krajach i zdziwiłam. W Aguas Blancas nie było ani jednego miejsca w którym można byłoby wymienić pieniądze, nie mówiąc już o bankomacie, co znaczyło, że nie mam złamanego peso na dalszą podróż. To znaczy miałam ich sto dwadzieścia, bo dostałam od kumpla u którego mieszkałam w Boliwii,  bo mu zostały z wakacji, ale 120 peso to około 12 złotych więc pięciogodzinnej podrózy Ci raczej nie kupi.

I tu mała dygresja o tym, że do Argentyny najlepiej przyjechać z dolarami lub euro w torbie i to w raczej dużych ilościach. Argentyna jest w kryzysie od wielu lat. Teraz ten kryzys nazywają tu Macrisis – od nazwiska obecnego Prezydenta Mauricio Macri. Nie będę się rozwodzić czy on jest temu winny czy nie, ale fakt faktem dobrze nie jest. Inflacja galopuje, a dolar raz traci na wartości raz zyskuje; zanim tu przyjechałam znajomi argentyńczycy opowiadali mi, że koło dziesiątej za dolara płacili trzydzieści pięć peso, a koło czternastej już czterdzieści. W bankomatach często brakuje pieniędzy, a jeśli są, to nam cudzoziemcom wolno jednorazowo wypłacić ok 4000 peso czyli około 100 dolarów w zależności od kursu, ale za to bankomat pobiera od około sześciu do jedenastu dolarów prowizji. Najlepiej więc pieniądze zabrać ze sobą i wymieniać gdy kurs jest korzystny. No to tyle dygresji.

Aguas Blancas wyglądało jak małe dzikie miasteczko w Montanie. Właściwie brakowało tylko koni i cowboy’ów. No i punktu wymiany walut. Na moje pytanie czy i gdzie jest, wszyscy znacząco kiwali głowami. Musiałam dostać się do Jujuy, gdzie czekała na mnie następna couchsurfing’owa przygoda [jeszcze wtedy nie wiedziałam jak fajna], ale wyglądało, że nie bardzo mam za co. Mimo wszystko ruszyłam do okienka , w którym pan sprzedawał bilety. „Mam około 50 boliwianów [to jest nic] i  120 peso [jeszcze bardziej nic], a chciałabym się dostać do Jujuy” – powiedziałam do pana w okienku. Popatrzył na mnie z politowaniem. „Nie mogę pomóc!”. Z pomocą przyszedł drugi gość: „Ile masz tych boliwianów?” „Pięćdziesiąt” rzekłam nie wiedząc, że mam sto, ale to i tak było za mało. „A peso?”. „No ze sto dwadzieścia. „Hm, niedobrze, a karta?” Ej no jasne! Karta!!! „Mam kartę” – odrzekłam. Hej niby jasne, nie? No wcale nie takie jasne. Na żadnym terminalu autobusowym w którym dotychczas byłam [ani w Peru, ani w Boliwi] nie można było płacić kartą. Zapomniałam, że to Argentyna, zapomniałam o karcie – ale co najważniejsze – byłam uratowana.  Naprawdę  przez te półtora miesiąca zapomniałam, że za coś można zapłacić kartą.

Ale to nie był koniec problemów. Trza było jeszcze coś zjeść. Za boliwiany w Argentynie  nic się nie zje, za te peso które miałam – niewiele. A ja wyjechałam w dwunastogodzinną podróż bez śniadania i bez wałówy.  Na przygodnej stacji kupiłam sobie butelkę Coca – Coli [nienawidzę] za 50 peso [ok 5 złotych] by bąble wypełniły mi żołądek. Miałam nadzieję, że jak dojadę w jakieś większe miejsce [miałam przesiadkę] to znajdę punkt wymiany. Nie znalazłam. Były bankomaty, ale bez pieniędzy. Zostało mi 70 peso [7 złotych]. Podeszłam do baru i poprosiłam o podwójną kawę. „Zjadłabyś też coś chudzino, co?” – powiedział miły pan i dołożył mi kanapkę. „Jak to dobrze być w domu!” – pomyślałam, tłumacząc mu że przecie mam tylko nie mam jak wymienić i tak dalej i tak dalej. Ale to już nie miało znaczenia. Pędziłam tu jak do siebie, a jeszcze wtedy nie bardzo wiedziałam jakie cudne chwile czekają mnie w ciągu najbliższych dni. E tam dni!!! Tygodni! Ze zwichniętą kostką siedzę teraz w Bariloche; całe szczęście, że zwichnęłam ja tu, gdzie mogę posiedzieć jak długo chce – i mało tego kuszą by zostać na zawsze – i weź nie rozważ jak ma się taki widok:

Processed with VSCO with 5 preset

 

Kocham to miejsce i mam wrażenie ono kocha mnie z wzajemnością, wiec nie chce puścić dalej, No coż chciałam odpocząć to mam. Mogę popisać. A jest o czym, bo zakochałam się w Jujuj – dotychczas  nieznanej  mi części Argentyny, o tym jak odkryłam Cafayate – drugi winny region tutaj – dużo mniejszy niż Mendoza, ale też dużo bardziej uroczy i jak zyskałam nową rodzinę w Mendozie.

ALE to wszystko zaraz – PO KOLEI!

♦♦♦ english version

I totally forgot. I forgot how cool this place is. Well, it’s insane to forget the awesomeness of a place you feel at home at, but hell i did forget some of it. So good to be back here. It’s my sixth time.

There was so much more things to do both in Peru and Bolivia – cos I wanted  to get to the jungle finally, take some ayahuasca [an entheogenic brew  used as a traditional spiritual medicine in ceremonies among the indigenous peoples of the Amazon basin] , surf the sand dunes of Huacachina [the oasis town in Peruvian sand desert] , get off the beaten track, go crazy about stuff somewhere else. But, no – I was just running  down though the two beautiful  countries leaving all this supercool stuff to cross the boarder in Aquas Blancas and land in Argentina. Fuck it! What kind of traveller am I if subconsciously I want to go home! Cos Argentina feels like home.  I love everything about being here; the people, the ambience, the wine and  the food. There is a one thing I always have a problem adjusting to and it’s the TIME they eat dinner. It’s 11 pm at night and for me that’s bloody too late. I am starving at 6-7pm while here literally everything is closed or just starts reopening. Even if they are reopening, it’s kind of sad to be the only person in the restaurant eating and hm, the only choice is a supermarket. I still love it.

Anyways, this time it all started with a bit of a trouble:

The boarder in Bermejo, Bolivia and Aquas Blancas in Argentina is a boat river crossing; at least if you want to do it the local way. The big buses probably go through some nice boarder crossing, but I took a collectivo [the local bus that waits till is fully loaded before hitting the road], so had to cross the boarder by myself.  I happily missed all the money exchange shops on the Bolivian side being sure there is more on the other. Suprisingly there was none. In Argentinian Aquas Blancas there was no money exchange not to mention the ATM, which meant  I have no pesos for the onward trip. Well, I did have some 120 pesos [3 dollars] given to me but my couch surfing super host in Bolivia [had some leftover pesos from his Xmas trip there] but you can’t but much with it.

Here i feel I need to add a little update on the money situation in Argentina. If you ever go to Argentina, its best to do it with a pile of dollars or euro. Argentina has been in crisis for a long time. Now they called Macrisis – named by the current President, but it’s totally irrelevant for this matter if he’s really responsible. The facts are that inflation rate is super high here and the dollar rate goes up and down in no time. Before I came here, my argentine friends were telling me stories how at 10 am they had to pay 35 pesos for dollar and at 2 pm it was already worth 40. The ATMs often lack money and even if they do have it, they only allow us tourist to withdraw 4000 pesos which is around 100 dollars depending on rate and take 6-11% of that transaction on the top of it. So, you see it’s the best to go there with a small backpack of money and change it when the rate is in your favour.

Aquas Blancas was just like small Montana town – lazy, laid back with not much going on. It just lacked horses parked if front of the saloons and the cowboys. It also lacked Money Exchange. And the ATMs. Whenever I popped a question asking for one, everyone just gave me that „are you crazy girl?” look. I knew I  was kinda stuck. I had to get to Jujuy, but had no money. I went to a ticket office anyway. ” I have 50 bolivianos [nothing] and 120 pesos [even more nothing] and need to get to Jujuy” I said to the guy in the window. „I can’t help you” he replied. Then to the rescue comes a superman: ” How much bolivianos did you say you have?” „5o”.  „Okay and pesos?” he tries to sort the thing. „120”  „And the card?” he makes the last call. „Jesus Christ” I think to myself. „A card”. I forgot this is Argentina! For the past one and a half months I was dealing with terminals in Peru and Bolivia and none of them took cards so I forgot they ever existed. But the best part was i was saved!

This was not the end of the money problem though. I left for this trip early not having breakfast, so I needed to have a a tiny bit of food after 8 hours of travelling. 50 bolivianos doesn’t buy you anything in Argentina and 120 pesos not much. I was kind of hoping to find a money exchange somewhere on the way [i had to change buses half way], but well … no. I found three ATM’s instead but with no money in them. So, I was left with 70 peso [supernot much] cos i bought a bottle of Coca-cola, which I totally hate,  just to feel my stomach with some bubbles. So, with the  70 peso left, I went to a Bus Terminal’s only bar and asked for a double black coffee. „You would eat something as well, wouldn’t you?! You are skin and bones” – the owner said and added  a free sandwich to my order.  „It’s so good to be home” I thought and explained how i could not exchange money and all that. This would not matter anymore. I understood all the rush before. I needed to feel safe and cuddled and Argentina gives me all that. I still did not know then what kind of cool things are waiting ahead in the coming days. Shit, not days – weeks. So, now I am siting here in almost home town of Bariloche with a sprained ankle. Had an accident longboarding and thanks God it happened here, where i have friends and feel safe. And they’re even trying to seduce me into staying here for longer. NOT possible to resist it when you have this view: [above]

I love this place and I kind of think it loves me back:) so it doesn’t want to let me go 🙂 Well, I was really tired with the two and a half months of traveling so, here it is – an non-refutable resting time. Now I can spent some time on this superfluous writing:) and there is some good reasons to do it: Jujuy – an unknown so far to me part of Argentina that  I  utterly fell in love with, Cafayate – a cosy little wine region that I discovered and I guess i cherish more than Mendoza’s a bit industrial vibe and the new family I have in Mendoza, which I love to bits!

but let’s do it step by step.

oh! WATCH OUT YOUR STEPS LONGBOARDIN’

img_1412

 

 

 

sucre.

 

 

Sucre czyli cukier. Ciudad Blanca czyli białe miasto. Nie nie. Nie o kokę chodzi, spokojnie. Miasto naprawdę jest białe. Śliczne. Trochę  mi przypomina andaluzyjską Granadę; mnóstwo wyboistych uliczek, białe domy z czerwonymi dachówkami, wszędzie małe doniczki z kolorowymi kwiatkami. Tutaj się twierdzi z to jest prawdziwa stolica Boliwii, a La Paz po prostu wykonuje polecenia. No dobra, prezydent ma siedzibę tamże, ale tu właściwie nikt tego prezydenta nie lubi więc może sobie siedzieć gdzie chce . Zupełnie przypadkiem wpadłam na gościa, bo przyjechał do Sucre zapoczątkować nowy rok w Tribunal Supremo de Justicia – czyli takim naszym Sądzie Najwyższym, który akurat siedzibę ma tutaj, w Sucre. Nie było wiwatujących tłumów. Mało tego, jakoś szczególnie nie był ten prezydent zabezpieczony, Stał tam jeden jakiś policjant, poprosił byśmy zeszli na bok [spacerowałam z tutejszym kumplem], bo Prezydent jedzie. Zapytałam jaki prezydent, to mi odparł, że Boliwii, ot co!  I tak mniej więcej z odległości 15 metrów zobaczyłam gościa, o którym słyszę odkąd wjechałam do tego kraju; że głupi, bo skończył tylko trzy lata podstawówki, że od 14 lat jest Prezydentem i ma ochotę na więcej więc majdruje przy konstytucji, bo tak nakradł, że  musi zostać dyktatorem, bo jak przegra wybory to pójdzie siedzieć.  Jakoś się nie dziwię, że tłumów nie było.

W tutejszym radiu mówią, żeby turyści się powstrzymali z docieraniem do Uyuni, bo strasznie leje i terenówki mają problem z brodzeniem w mieszance deszczu i soli. Część trasy jest całkiem zamknięta i nie da się dotrzeć do Isla de Pescado czyli samotnej wyspy z dwunastometrowymi kaktusami na samym środku solnej pustyni [ przekosmos, mówię Wam! ].

205612_5071573988_6806_n 2

Processed with VSCO with 5 preset

Uff więc,  odetchnęłam, bo Salar de Uyuni jest najpiękniejszym miejscem na ziemi jakie widziałam i okrutnie mnie kusiło by tam wrócić. Dość trudną była myśl, że muszę to cudo ominąć, więc cieszę się, że lokalne radio rozwiązało mi  problem i teraz kierunek Tarija czyli boliwijskie lokalne winnice. Już się boję!

Zostawiam Was więc z odrobiną miasta w którym podobno wszystko się zaczęło. Najstarszy kościół jest tu z szesnastego wieku, Sucre ma mnóstwo marketów [jest na nich o wiele taniej niż w supermarketach i można kupić wszystko], przecudnej urody cmentarz – bez wielkich katakumb –  jak w Polsce,  gdzie w niewielkiej przestrzeni zostawia się zmarłym ich ulubione przedmioty. Najbardziej wzruszyły mnie groby dzieci z ich ulubionymi zabawkami.

ps. z Sucre w niedziele koniecznie trzeba wybrać się na Tarabuco Market i zobaczyć jak bardzo różnorodni są tutejsi rdzenni mieszkańcy; od rysów twarzy przez ubranie, aż po małe czapeczki, które sugerują skąd są ich posiadacze albo jak dużo mają dzieci.

Bardzo mi tu dobrze było. 🙂

Processed with VSCO with 5 preset

 

 

 

 

 

La Paz.

La Paz jest, po Buenos Aires,  moim ulubionym miastem. Ha, wiem! No nie każdy La Paz kocha, właściwie to każdy nie kocha. Wiekszość jednak puka się w łeb w tej chwili .  Ja lubię i to bardzo.  Zgadza się – La Paz jest definicją chaosu. Nie znam innego tak szalenie popieprzonego miasta, ale ja ten chaos uwielbiam więc dajcie mi szansę opowiedzieć dlaczego.

  • Po pierwsze historia więzienia San Pedro

To jest właściwie autonomiczny ogranizm, w którym mieszkają całe rodziny, dzieci wychodzą stamtąd do szkoły, rodziny prowadzą sklepy i restauracje, osadzeni kupują cele w zależności od statusu finansowego – najbogatsi [narkotrafikanci – prawdobodobnie lub najcześciej] mieszkają nawet w luksusowych apartamentach.

Do niedawna backpackersi –  czyli turysty takie jak ja – mogli tam wejść za drobną opłatą [oczywiście łapówką wręczaną klawiszom], spędzić noc albo nawet parę [są przypadki spędzania tam ponad roku z przerwami] i poimprezować z osadzonymi produkowaną na miejscu, podobno najlepszą w kraju kokainą. Te dobre czasy się skończyły w 2010 roku kiedy to podobno do więzienia wpadła ekipa telewizyjna robiąca dokument o polityku, który tam siedział i przypadkowo nagrała przemykających turystów; no i zaczęła się burza i skończyła to backpackerskie eldorado – ale jakby ktoś chciał więcej poczytać to Rusty Young i Thomas Mc Fadden – kiedyś osadzony w San Pedro za przemyt narkotyków,  opisali to  malowniczo w książce „Marching Powder”. Chyba nie wydano jej po polsku, ale są szanse, że powstanie film, bo Brad Pitt zakupił prawa do ekranizacji, a scenariusz podobno ma napisać człowiek od Narcos. Ja teraz lubię sobie tam teraz posiedzieć  [na ławeczce przed chociaż], bo wejść już nie można. Jest tam jakaś taka energia, że nawet nie wiem jak to opisać. Lubię ciary, które mam w tamtym miejscu.

Processed with VSCO with 5 presetProcessed with VSCO with 5 presetProcessed with VSCO with 5 presetProcessed with VSCO with 5 preset

  • Mercado Ramirez

La Paz prawie nie ma supermarketów, jest za to Mercado Ramirez.  Ramirez zajmuje przestrzeń porządnej dzielnicy – jest prze-wielkim ulicznym targiem: jedna, może dwie ulice ze szczotkami, zaraz potem sprzęt sportowy, następne trzy przecznice to elektronika, potem ryby, owoce i mięso, dalej hydraulika, buty,  bielizna [w tym okresie – czyli bożonarodzeniowym – w  kolorach radosnych – żółtym i czerwonym – bo świeta przecie]  no i kuchnia – czyli garnki talerze i takie tam,  plus normalnie jak to na targu bywa – lokalne jedzenie. No właściwie wszystko tak jak w supermarkecie tyle, że na ulicy.

 

 

Jest jednak coś czego w supermarkecie  nigdy nie znajdziecie, a błądząc po ulicznym targu w La Paz – owszem. Najprawdziwsze czarownice. One bardzo nie lubią jak się im robi zdjęcia, niestety.  Ja dostałam nawet zupą od jednej.  Chlusnęła we mnie tak, że serio mi się odechciało. Zdjęcia łatwiej chyba zrobić w San Pedro.  Panie za to  sprzedają specyfiki  na wszystko; od zasuszonych lam, które składa się w ofierze Pachamamie – matce ziemi,  eliksiry na potencję, świeczki na płodność – jednym słowem za parę boliwianów można sobie kupić obietnicę długiego, szczęśliwego życia w dostatku. Poza tym sprzedają tony palo santo [amazońskie drzewo służące do okadzania przestrzeni dobrą energią –  nieziemsko pachnące], piękne kadzidła i moja ukochaną maść z koki, która jako jedyna zadziała kiedyś na moje mocno zwątlone snowboardem mięśnie. Mercado de las Brujas czyli Targ Czarownic mocno się przerzedził, bo kiedyś pań było znacznie więcej. A szkoda. Naprawdę szkoda.

Processed with VSCO with 5 preset
Processed with VSCO with 5 preset

 

  • TUCUMANAS ze schodów

Lonely Planet –  kiedyś poza poleceniem opisanej już przygody w więzieniu San Pedro, polecało  też bardzo konkretne empanady  [w La Paz zwane tucumanas].  Empanady z ulicy.  Nie było adresu, tylko opis: w połowie Avenida 16 de Julio są żółte schody. Wdrap się nimi do ulicy Murillo i tam stoją panie z najlepszymi tucumanami w mieście. NO i STAŁY!

 Pojęcia nie macie jakie to było pyszne. Najpyszniejsze aż tak, że wracając do La Paz dwanaście lat później miałam nadzieje, że niewiele się w życiu tych pań zmieniło i nadal tam na mnie czekają. I wiecie co?!

 

 

BYŁY!!!!! Tyle, że teraz mają maly lokalik pod owymi żółtymi schodami a nie na ich szczycie. Ta sama pani, z tym samym szczerozłotym uśmiechem powiedziała mi, że sorki ale bez mięsa to nic dla mnie nie znajdzie, więc się złamałam – pomimo, że od paru miesięcy nie jem mięsa – zgrzeszyłam.

Na całe szczęście są:

  • yatiris 

W El Alto, czyli wyżej położonym satelicie La Paz [można dojechać Teleferico] wzdłuż Avenida Panoramica – ulicy prowadzącej na czwartkowy i niedzielny olbrzymi tutejszy market – jest długi mur z kolorowymi kioskami. Przed owymi kioskami  co chwilunie palą się małe ogniska, a przy niektórych leżą stosy buteleczek wypełnionych różnymi specyfikami, płody alpak, różne zioła i proszki. W kioskach rezydują yatiris czyli szamani, których Boliwijczycy odwiedzają prosząc o szczęście, zdrowie lub zdjęcie klątwy Pachamamy [Matki Ziemi]. Za około 50 boliwianów [25 złotych] można się poddać rytułałowi, który przygotuje Cię na trudy nadchodzącego roku. Szaman którego wypatrzyłam ja nie był taki uroczy jak ten TUTAJ ale fakt, że mam zdjęcia z rytuału jest trochę cudem, bo to niestety jest podobnie jak z czarownicami. Szczerze nie powinnam była tego robić! 

Processed with VSCO with 5 preset
Processed with VSCO with 5 preset
Processed with VSCO with 5 preset
Processed with VSCO with 5 preset
Processed with VSCO with 5 preset
Processed with VSCO with 5 preset

 

  • Łapanie collectivo

No to jest super zabawa – po pierwsze musisz wiedzieć gdzie chcesz jechać, po drugie wyłowić z tłumu małych autobusików ten z nazwą dokładnie Twojego kierunku. Nie bardzo wiadomo którędy i jak jeżdżą, a w godzinach szczytu to dopiero jest masakra. Do tego chłopaki kierowcy lubią zmieniać te karteczki, a i czasem jedna nieznaczna informacja na szybie kompletnie zmienia kierunek w którym jedzie collectivo. Ale jak się już wygra w te grę to jest spoko. W podobną autobusową grę się gra w Buenos Aires, tyle, że tam kupuje się w kiosku instrukcję zwaną GUIA T.  I jest trochę łatwiej.

BF66C67A-7962-424F-A9FF-DC58C9DA9BC6 2.jpg

  • Cementerio General

Czyli cmentarz po prostu, ale jaki?! Pełen cudnych grafitti i generalnie dość wesoły.  Trochę jak ten wesoły cmentarz w Rumuni. Jak bardzo jest jest wielki – generalnie na serio jest to miasto w mieście – najlepiej jest zobaczyć z Teleferico Rojo. Naprawdę zapiera dech.

 

 

No kocham to La Paz do tego stopnia, że się zryczałam wyjeżdżając. Zawsze tu na mnie czeka coś dobrego. I co za energia gigantycznie dobra tu jest. O jednym tylko zapomniałam; jak kurewsko zimne są tutejsze prysznice! Słowo „caliente” oznacza w La Paz bardzo zimną wodę, a nie jak ze słownika by wynikało CIEPŁĄ – bez wzgledu na to jak będą Was zapewniać, że jest inaczej

  • aaaaa zapomniałabym.  Shoe Cleaners – Lustra Calzados!

no więc mój szewc w Warszawie, wie, że moje buty muszą wyglądać na stare no i w takich łażę. W związku z tym mam przesrane u lokalnych pucybutów – bo do cholery tak nie można. Na ulicy może nie jest najczyściej ale buty to każdy latynos ma wypucowane. I to za pół złotego. A u się taka gringoska zdażyła, która nie dość, że ma buty paskudnie znoszone, to jeszcze broni się rekami i nogami też, żeby tylko jej tej brzydoty bucianej nie popsuć. Gotowa nawet zapłacić, by jej tych butów nie czyścili. Ale z pucybutami jest jeszcze jedna historia; otóż jeśli oglądaliście cokolwiek na instagramowym instastory to znacie Janke.  Janine z Niemiec z którą przez moment podróżowałam. Jej przyjaciółka od pół roku prowadzi cudny projekt; można w La Paz kupić sobie wycieczkę i zobaczyć miasto oczami pucybutów.  Cudny bo wspiera lokalesów i daje im dodatkową pracę. Proszę polecajcie.  TO jest TU

 

NO to jeszcze troszeczke La Paz Wam zostawiam.

 

 

 

 

South America re-lived. part one.

To nie jest jakaś nowość dla mnie. Tu gdzie jestem. Byłam tu 12 lat temu [o jezu jak to brzmi] – robiłam pawie dokładnie taką samą trasę. Teraz jestem już duża i przyjechałam tu z zupełnie inną głową i kompletnie po co innego.

12 lat temu wylądowałam w Limie bez bagażu [dotarł z opóźnieniem] i prawie gubiąc paszport w taksówce. Jak się już to nieogarnięte dziecko ogarnęło, to wsiadło do autobusu do Arequipy i tam poznało Niemca – Philipp’a, który do teraz jest przyjacielem, a wtedy postanowiliśmy cała drogę do Buenos Aires przejechać razem. W Arequipie (czyli po niecałych 12 godzinach) uznani zostaliśmy za parę – przez trójkę uroczych Australijczyków, co było to potwornym niefartem ponieważ miałam ochotę na uwiedzenie jednego z nich. Na szczęście się udało i Cale był moim chłopakiem na czas tamtej podróży –  przez Peru, Boliwię – aż do płaczliwego rozstania w Chile.

Jak bardzo nie należy tykać dobrych wspomnień dowiedziałam się właśnie teraz w La Paz łażąc po tych samych ulicach, które wtedy razem radośnie przemierzaliśmy cała bandą.  Poryczałam się jak norka, bo mi się kompletnie odwinął  film z tamtego wyjazdu.  NO! Z tego powodu ominęłam Macchu Picchu i dlatego mimo, że mi się serce kraje – ominę Salar de Uyuni. Naprawdopodobniej. Kraje mi się to serce, bo Salar i  cała ta  przeprawa do Chile pośród lagun pełnych flamingów, maszerujących stadami lam i vicun –  to jest najpiękniejszy kawałek ziemi jaki widziałam. Tylko widziałam go z najfajniejszym facetem jakiego poznałam i kurka dlatego tam nie mogę.

Ale dobra. Po co innego przyjechałam teraz, no i inna też już trochę jestem. Duża. Teraz jestem duża. Peru i Boliwia ( tyle na razie odwiedziłam) – też już są zupełnie innymi miejscami. 12 lat temu nikt w Peru nie słyszał o Vinicunca [góra o siedmiu kolorach] – no dobra pewnie słyszał, ale nie przypuszczał, że może być taką atrakcją turystyczną. A patrz pan! –  teraz jest królową Instagrama. „Jak to się stało, że ja to ominełam?” zapytałam teraz zaprzyjaźnionego przewodnika w Cusco. „Nie ominełaś! Nie bardzo było wiadomo, że to tam jest” – pocieszył mnie lekko.  Legend jest sporo, o tym jak to Montana de Siete Colores została odkryta. Podobno ktoś wszedł,  stopniał jakiś śnieg  no i okazało się, że tam pod spodem tęczowa góra jest. Lokalesów to bardzo nie dziwiła bo zawsze tam była i nie śmieli nawet przypuszczać, że może być taką atrakcją, więc sobie spokojnie koło niej  egzystowali, aż tu nagle nawał turystów. Nawet nie ma tam jakiegoś konkretnego znaku  tylko taki wyskrobany na papierze że to tu pobierają opłatę za „wjazd”. Macchu Picchu zresztą też odkryto przez przypadek. I uwaga –  podobno będzie tego więcej, bo wciąż ktoś gdzieś na coś natrafia – najczęściej na ruiny, ale za tęczową górą też podobno jest piękna czerwona dolina, która jest dopiero odkrywana na potrzeby turystów.

La Paz też jest już inne. Ma parę linii zupełnie świeżutkiego Teleferico, które wozi mieszkańców z dołu do góry i odwrotnie [takie metro tylko nad ziemią] przy okazji fundując nieziemski widok na całe miasto. Przerzedziły się też stragany Mercado de las Brujas czyli targu czarownic, które sprzedają szczęście, radość i miłość w świeczkach, butelkach i ziołach palonych i używanych w intencji. Kiedyś czarownic było znacznie więcej, teraz jak na lekarstwo. Szukałam maści z koki [bo to super maść na obolałe mięśnie po snowboardowym wysiłku] –  znalazłam, ale parę pań najpierw popukało się w głowę. Drożej się robiło w La Paz, nowocześniej, ale nadal pachnie Palo Santo – świetym amazońskim drzewem. I to jest spoko.IMG_2209.jpg

E0FFE995-C43B-4EF9-B350-CCD304C8993C.JPG

IMG_2210.jpg

No więc jestem znów. Teraz trochę świadomiej niż wtedy. Rzuciłam robotę – pewnie nie na zawsze – ale na bank muszę odpocząć od tego próżno -durnego świata telewizji [zdjęcia poniżej, to akurat była fajna robota] Oglądam sobie teraz czasem instastory polskich celebrytek i uśmiecham się do siebie z czułością. Jak to dobrze znów stanąć na ziemi. Mam teraz 20 kilogramów podręcznego domu w plecaku i trochę kasy – niewiele – bo postanowiłam, że to będzie tania podróż. Ma mi pokazać to, co ważne. Jadę do przyjaciół w Argentynie. TYCH TU. Marzy mi się parę miejsc w których nie byłam na samym południu tej Południowej Ameryki i chciałabym móc Was tu kiedyś wozić – ale to już zupełnie inna historia.

Wesołych Świąt z La Paz!

ps. 12 lat temu w Boliwii piłam tylko paskudne słodkie wino. Ku mojemu szczeremu zaskoczeniu, są tu teraz pyszne lokalne wina z Tarijy. I wcale niedrogie.

Processed with VSCO with 5 preset

Processed with VSCO with 5 preset

First snaps from South American Trip.

eng below.

Znów jestem w Cusco – przy okazji polecam przeczytać co się tu poprzednio wydarzyło w  Cusco.  Na razie daje sobie wycisk – w sensie od razu ruszyłam w wir sprawdzania jak to wszystko się zmieniło. W czwartek osadzam 20 kilogramowy dobytek w pięknym miejscu zwanym PISAC – takie małe urocze miasteczko z hippisowskim klimatem koło Cusco i tam odpoczywam. Tydzień. Takie wakacje od wakacji. Będzie czas by popisać jak tu jest.  A na razie pare fot.

♦♦♦

So here I am in Cusco again. By the way, i do recommend my other cuzco. adventure years ago. It’s been two days here and no stopping in trying to rediscover this place again. Thursday, I am settling down in a funky,  hippie Pisac – a town with a good wife near Cusco and this will be a week holiday from this holiday now. This will be a cool time  to tell a little story. Now, just a few photos.

 

 

 

krogul na śmieciach. czyli garbage dump part two.

English version soon

Zasady były jasne. Codziennie o 8 rano cała grupa wolontariuszy ubranych w jednakowe butelkowo zielone T-shirty,  wyjeżdża tak zwanym Chicken Busem [ o tym za moment ] do Gwatemala City do ZONA 3 – najbiedniejszej i najbardziej niebezpiecznej dzielnicy miasta. Przejazd kosztuje nas jednego quetzala w jedna stronę (prawie nic) i wracamy około szesnastej z ZONA 3 do Antigua – gdzie przypominam mieszkamy. Też Chicken Busem. Przejazd około 40 kilometrów trwa godzinę.

Antigua jest piękna, ZONA 3 nie. Na miejscu śmierdzi potwornie i lata koszmarnie dużo sępów. W końcu to wysypisko śmieci. W ZONA 3 mamy się poruszać TYLKO w dużych grupach i TYLKO pod eskortą ochrony.  Później będę wielokrotnie łamała te zasadę, ale na razie uważnie słucham. Po to nam zresztą te zielone T- shirty. Mają krzyczeć do tambylców, że jesteśmy wolontariuszami i działamy w dobrej wierze; żeby do nas nie strzelali, i że będziemy pracowali z dziećmi, których rodzice żyją z wysypiska śmieci. Zaraz wszystko wyjaśnię. Acha. Nie mogliśmy w okolicy też robić zdjęć. Też trochę nieposłuchałam.

 

 

Byłam przerażona. Moja pierwsza przejażdżka CHICKEN BUS’EM była koszmarem. CHICKEN BUS to zaimportowany stary school bus ze stanów, pomalowany na tysiące kolorów, z kokpitem w kwiaty, Maryjki i różańce i KONIECZNIE lecącym w głośnikach reagetonem  czyli takim tamtejszym disco polo. Okropnie są niewygodne te autobusy, bardzo powszechne i dotyczy ich jedna zasada: wsiada tyle osób ile wlezie, w dowolnej formie pozie, stanie skupienia i złożenia. Do tego nazwa pochodzi od dość powszechnie przewożonych nimi drących się kurczaków w koszykach, świń, kotów, psów i właściwie wszystkiego co tam Wam przyjdzie do głowy. Też w dowolnych pozach i stanach skupienia.  Do Guate City raczej nie jeździły, bo zwierzęta wożono bardziej do miejscowości targowych [ przepiękne są te miejsca, ale o tym w oddzielnej historii ]  ale ludzie leżący ludziom na głowach to już nie był bardzo rzadki widok. Całość umilał Daddy Yankee  lub inna lokalna gwiazda i to tak bardzo, że do dziś mam słabość do reageton’u. Mało tego pokochałam Chicken Bus’y, mimo, że bardzo bałam się tej pierwszej przejażdżki. Głownie  bałam się tego co mnie czeka.

 

 

 

Większość mieszkańców Zona 3 żyje z wysypiska. Dokładnie znaczy to tyle, że  czekają na śmieciary jak na dostawę do sklepu, rzucają się na nią i cokolwiek ładnego bądź użytecznego znajdą – odsprzedają. To jest jedyne źródło ich zarobku. Dzieci im w tym nie pomagają więc te małe były zamykane w kartonowych pudełkach i odkładane na bok na chwilę. Tak miały przeczekać. Niestety czasem te kartonowe pudełka były tratowane przez ciężarówki z dostawą.  Starszaki pałętały się po prostu po wysypisku lub jego bliskiej okolicy i żadne z tych dzieci nie miało szans na edukację.  W 2005 roku zdarzył się też wielki pożar w którym zginęła cała kupa ludzi w tym dzieci, no i sporo też  w wyniku wielokrotnych obsunięć.  W każdym razie mają tam przechlapane te dzieciaki, bo w końcu za cholere nie wybierały sobie miejsca urodzenia i pojęcia jeszcze nie miały jak okrutnie trudny los ich czeka. Na całe szczęście znalazła się dziewczyna, która postanowiła zabrać te dzieciaki z wysypiska. Hanley Denning  przyjechała do Gwatemali nauczyć się hiszpańskiego, zobaczyła tamtejszy armagedon i założyła Safe Passage/Camino Seguro [ jesli klikniecie w jej imię i nazwisko, to tam jest odnośnik do strony fundacji ]  – miejsce gdzie mogły spokojnie spędzić czas podczas gdy rodzice pracowali. Z tymi dziećmi miałam pracować. Wybrałam dwulatki, bo mój hiszpański był na mniej więcej takim poziomie. Każdy nastolatek potraktowałby mnie jak niemotę półgłowka.

Przedszkole z dwulatkami było nieco oddalone od głównego budynku szkoły – ta była piękna i nowa, bo Camino Seguro działało już od paru lat i zebrało trochę quetzali by zainwestować w starsze dzieci. Młodsze nadal gnieździły się w bezpośredniej bliskości wysypiska. Naprawdę potwornie tam śmierdziało, szczególnie w czasie deszczu, a budynek dzieliliśmy z rodziną szczurów, co radowało dzieciaki nieprzeciętnie. Każdy szczurzy rajd przez salę był wydarzeniem. Pierwszego dnia nie, ale po około tygodniu tez się dobrze bawiłam. Pierwszego dnia, to ja właściwie nie bawiłam się wcale dobrze. Mój hiszpański leżał [większość wolontariuszy jednak mówiła], a oprócz tego że śmierdziało budynek nie miał okien i podzielony był na sale obdrapaną blachą falistą,   no i było w nim około 100 stopni celsjusza.  Toalety [to jednak duże słowo] nie miały spłuczek, a na zewnątrz było coś w rodzaju placu zabaw. Parę, przepraszam, parenaście razy przeleciało mi przez głowę „co ja do cholery sobie zrobiłam?!”

Parenaście razy na sekundę, w zasadzie. Na szczęście TO poniżej mnie kompletnie rozwaliło.

 

 

 

No sami powiedzcie?! Przecie te dwu-, trzyletnie maleństwa pojęcia nie mają jak mają przesrane. Jak każdy maluch mają ochotę ganiać, rozrabiać, wpierdzielać McDonald’ a [dokąd ich zresztą zabraliśmy – no może nie do McDo, ale jakiegoś gwatemalskiego odpowiednika]. Pokochałam ich okrutnie; szczególnie Gerardo – tego małego smutasa z wielkimi oczami. Nie była to łatwa praca, bo w koszmarnym ukropie i potwornym smrodzie, ale myliśmy tych małych skazańców, obcinaliśmy im pazury, wygrzebywaliśmy miód z uszu, podcieraliśmy pupy, biegaliśmy po tym niby placu zabaw i zabieraliśmy do zoo. Ja w zamian dostałam najcudniejszych nauczycieli hiszpańskich dzieciosłowek jakich mogłam sobie wymarzyć i nieźle w kość. Jedynymi momentami jakie mieliśmy dla siebie były przerwy na lunch gotowany przez lokalne cudne panie, na który mogliśmy się dostać jedynie pod ochroną, oczywiście. No i weekendy.  Wracałam do Antigua kompletnie zdojona; naprawdę nie pamiętam bym kiedykolwiek była bardziej. Całe szczęście w domu pod limonką oprócz wspomnianego już boysbandu z Norwegii,  mieszkała zajebista banda ludzi: paru wolontariuszy, jacyśtam zwykli turyści i amerykańskie małżeństwo, które przyjechało adoptować gwatemalskiego chłopca. Wieczory więc spędzaliśmy na wspólnym gotowaniu, piciu wina, małych romansach, łażeniu na spontaniczne koncerty żyjących jeszcze resztek Buena Vista Social Club [tak tak Ci sami – mieszkali całe to lato w Antigua], a weekendy, i czasem dogodnie przypadające święta narodowe, na jeżdżeniu po tym KOSMICZNIE PIĘKNYM KRAJU, Hondurasie i El Salvador.

Dostałam w kość przepotwornie, dostałam też porządnego plaskacza w twarz: patrz bejb – tak wygląda normalne fajne życie – pełne ciepła, przyjaciół i przygód.

ps. Hanley Denning zginęła w Guate City w wypadku samochodowym rok po moim pobycie tam

ps. 2 Gdyby ktoś chciał wiecej to TU można zobaczyć dokument o  wysypisku w ZONA 3. Nienajlepszy , ale był nominowany do Oskara i dość rzetelnie mówi o sprawie.

 

 

ej. ale o reszcie potem. i o tym co zobaczyć w Guate też.

Processed with VSCO with 5 preset

 

krogul na śmieciach . garbage dump part one

english version soon

Guatemala miała być moim lekarstwem na brak życia poza pracą. Znalazłam sobie wolontariat  w Guatemala City i powiedziałam kumplowi, ale też szefowi  – Remikowi, że zamierzam popracować na wysypisku śmieci.

Obśmiał mnie trochę, mówiąc, że na bank tego nie zrobię. I dzięki Bogu. Nie ma chyba lepszej motywacji dla mnie niż powiedzieć mi, że czegoś nie mogę, bądź nie zrobię. Allelujah, uderzyłam w przycisk KUP TERAZ na stronie linii lotniczej. I to z pełnym impetem ! Sekundę później byłam przerażona. Mleko się rozlało – bilet miałam, pozostało wynająć chatę. Camino Seguro – organizacja dla której miałam pracować wysłała mi listę rekomendowanych miejsc do zamieszkania – były przeróżne – od tzw homestay z rodzinami do samodzielnych pokoi w pięknej willi. Stchórzyłam bardzo wybierając jednak ten fajny dom;  wysypisko śmieci i pobyt u gwatemalskiej rodziny to chyba jednak za dużo jak dla mnie na początek  –  zwłaszcza, że nie mówiłam po hiszpańsku ni w ząb.

Lotnisko w Guate City wypełnione było dużymi paniami w strojach ludowych. Część z nich miała koszyki wypełnione kurami, inne jajami i jeszcze jakimiś tam wszelakiego rodzaju dobrami. No dobra. Nie bardzo wiedziałam co ja tu robie, ale witajcie moje nowe dwa miesiące. Chciałam pożyć, to mam.

Z lotniska odebrał mnie miły pan i zawiózł piękną drogą pod sam dom w Antigua. Camino Seguro nie rekomendowało mieszkania w stolicy, bo niebezpieczna. Ale jak bardzo rzeczywiście była, dowiedziałam sie parę lat później czytając książke „Sztuka politycznego mordestwa czyli kto zabił biskupa”. Polecam. Literatura faktu jak kryminał.

Mój towarzysz – ten wiozący mnie do mojego nowego domu –  nie mówił po angielsku, a chciał pogadać wiec właściwie od pierwszych chwil zaczęłam naukę hiszpańskiego. Przez całe prawie 40 km dzielące Guatemala City od Antigua wbijał mi do głowy hiszpańskie słowa. Z pewnym skutkiem jak się potem okazało. Na koniec wysadził mnie dokladnie naprzeciwko Fernando’s Kaffee (miejsce bardzo ważne dla mojej jezykowej edukacji jak się okazało poźniej) pod żółtym murem mojego domu. Zapukałam, zaczekowałam w małym pokoiku na parterze i weszłam po schodach. Na środku olbrzymiego tarasu otoczonego pokoikami podobnymi do mojego rosło wielkie piękne drzewo limonkowe, pod nim stała huśtawka, a nad całym tarasem i nie tylko … nad całą Antiguą górował wulkan. „Hm” pomyślałam  „nie jest źle jak na początek życia bez telewizji”

„Hello” usłyszałam za plecami parę głosów. Odwróciłam się i totalnie absolutnie szczerze zobaczyłam czterech najpiękniejszych mężczyzn na planecie ziemia. Jakby ktoś ich scastingował  i kazał zagrać w tym moim filmie o nowej mnie.

„Hi” odparłam „Skąd jesteście? „Z Norwegii. Wyglada na to że razem mieszkamy. Bo my tu pod piątką”

„Aha” przełknełam ślinę. Mam huśtawkę pod drzewem limonkowym z której oglądam wulkan i norweski boysband za sąsiadów. Wydaje mi się, że to odzyskiwanie życia może być całkiem spoko.

TRUE STORY that is. ale to nie koniec, potem już było trochę trudniej. cdn.